Showing posts with label słowa. Show all posts
Showing posts with label słowa. Show all posts

Wednesday, 6 April 2022

Kwestia prawdy

Jak kiedyś powiedział Tischner - są trzy prawdy: cała prawda, święta prawda i gówno prawda. Cała prawda zapewne nie istnieje w domenie języka czy przekazu obrazowego, a to dlatego że słowa i obrazy zawsze są troszkę inaczej rozumiane przez każdego człowieka. Ba, ten sam człowiek inaczej będzie się odnosił do informacji o tym, że na przykład czerwone mięso jest niezdrowe, rano tuż po śniadaniu, a inaczej po kilku godzinach górskiej wyrypy kiedy kiszki grają marsza. Specjaliści od reklamy i propagandy dobrze znają te wszystkie niuanse naszego spostrzegania świata. 

Cała prawda istnieje w świecie matematyki. Równania i obiekty w nich są konstruktami czysto intelektualnym, dokładnie zdefiniowanymi, nie ma miejsca dla najmniejszych nawet niedomówień. Świat matematyki jest zamknięty, kompletny i sterylny. Ale, powiedzmy sobie szczerze, co nam po takiej abstrakcyjnej prawdzie? Jak ona sie ma do naszego życia? Czy może mu nadać sens?

I tutaj wchodzi w grę święta prawda. Prawda naszego życia, religia, miłość, rodzina, absolut, obecność i świętość. Napisano o tej prawdzie mnóstwo tomów, ale to nie jest prawda o której trzeba czytać, to raczej prawda którą trzeba praktykować. Prawda życia, nie prawda wiedzy. Zadziwiająca prawda.

Człowie mówiący "gówno prawdę" i
człowiek starający się powiedzieć całą prawdę.
I wreszcie jest gówno prawda. To jest zjawisko, kiedy ktoś, kto ma ważną pozycję społeczną, kłamie w żywe oczy i wielu ludzi mu wierzy. Na przykład niejaki Ławrow, który do złudzenia przypomina Goebbelsa nazistowskich Niemiec (tak samo jak Putin przypomina Hitlera), wciąż twierdzi że Rosja nie zaatakowała Ukrainy, nie popełniła zbrodni w Buczy a w ogóle to robi tylko to, co Amerykanie robili wcześniej w Iraku czy Afganistanie. Gówno prawda to nie tylko prawda niecałkowita, połowiczna, lekko mniej lub bardziej ukoloryzowana (jak choćby prawda Amerykanów o Iraku), ale to po prostu zaprzecznie prawdy, kłamstwo na wielką skalę. Gówno prawda to słowa ludzi, którzy wierzą że nasza percepcja świata tak się zdegenerowana, że można powiedzeć każde kłamstwo i zostanie ono, choćby częściowo, uznane za prawdziwe. 



Wednesday, 23 February 2022

Umysł debiutanta

Przeprowadzałem się o wiele częściej niż statystyczny Europejczyk. Tak często, że czasami mam trochę dość, ale być może bycie nomadem leży w mojej naturze. Praktycznie co weekend gdzieś podróżuję, jakbym nie umiał usiedzieć na miejscu. Mój kolega ukuł niegdyś termin "stasimofobia", którego pierwszy człon pochodzi z od starogreckiego wyrażenia oznaczającego stanie w miejscu. Stasimofobia to taki strach przed stanięciem w miejscu, przed spędzeniem dnia w domu, przed osunięciem się w rutynę. Coś w tym jest, bo zupełnie niedawno, kiedy po burzliwym okresie szukania pracy dostałem długoterminowy kontrakt, poczułem niemalże panikę... Jak to, do emerytury już mam być w jedym miejscu?

Za każdym razem kiedy zaczynamy życie w nowym miejscu, umysł otwiera się i uczy niesamowitej ilości nowych rzeczy. Począwszy od geografii (wczoraj z czystej ciekawości pojechałem do domu inną drogą niż zwykle żeby zobaczyć którędy prowadzi, zweryfikować niewyraźną mentalną mapę lokalnych dróg), poprzez charaktery ludzi, język, ceny w różnych supermarketach, itp, itd.  Zauważam rzeczy których nigdy nie widziałem w poprzednim miejscu zamieszkania: jakie rośliny rosną na skarpie którą mijam po wyjściu z mieszkania, jak pieknie wygląda jakbłonka w sąsiednim domu albo jak piekny jest widok na niedalekie osiedle z pewnego miejsca na drodze do miasta. Jedym słowiem darzę nowe miejsce uwagą która jest potrzeba żeby je poznać. To daje świerzość spojrzenia, wibija z automatyzmu.

Kondycja "bycia debiutantem" stoi w oczywistej opozycji do bycia ekspertem, a jednak niesie ze sobą bardzo ważne jakości. Na przykład w fotografowanie kogoś niedoświadczonego w byciu modelem prowadzi do niespodzianek, do sytuacji nowych, odkrywczych, do zdjęć bardziej 'prawdziwych' bo nie wyćwiczonych. Cartier-Bresson powiedział kiedyś że nie może fotografować aktorów czy polityków bo oni zawsze pozują, znaczy nie da się w portrecie złapać prawdy o nich.

Być ekspertem znaczy kontrolować coś, na przykład, w przypadku aktora, swój wizerunek. Ale każdy wybitny ekspert wie, że istnieje margines błędu którego nie da się opanować. Mistrz skoków narciarskich nie wie, czy uda mu się pobic własny rekord, czy może nawet upadnie przy lądowaniu. Sarah Moon, wybitna paryska fotografka mody, nie wie kiedy zrobi 'to' zdjęcie. Nie umie go sobie nawet wyobrazić! I tylko kiedy nie wiemy, nie kontrolujemy, otwieramy się na cos wiekszego od nas, ponad nami, co byc może paradoksalnie, choć nas przerasta, tkwi w nas i pozwala nam dokonać kroku w przód, dokonać małej lub wiekszej ewolucji.

Medytacja polega na siedzeniu w bezruchu, w odpowiedniej pozycji. Tak ją definjuje Shunryu Suzuki (nie mylić ze słynnym D. T. Suzukim) w swojej książce "Zen Mind, Beginners' Mind". Po kilku identycznych siedzeniach (ta sama godzina, ta sama długość siedzenia), łatwo orientujemy sie że nie są one żadna miarą identyczne. Trzeba tylko  uważnie obserwować co się dzieje z naszym ciałem i umysłem a te podlegają ciągłym zmianom. Każda medytacja to zanurzenie się do innej rzeki, jak u Heraklita.

No i miłość, miłość może byc tylko nieekspercka, niewyćwiczona...

Przypis: opowieści Sary Moon i Henri Cartier-Bressona pochodzą z wyśmienitej serii "Stykówki" wyprodukowanej przez arte.



Friday, 11 February 2022

Teorie duchowości i pisanie o nich

Podróżując autem słuchałem ostatnio "Potęgi teraźniejszości" Eckharta Tolle. Książka traktuje o duchowości człowieka, przedstawia wizję najważniejszych elementów i procesów zachodzących w psychice: ciało bolesne (albo raczej różne ciała bolesne), myśliciel, ciało wewnętrzne, akceptacja, odrzucenie.  O ile nie można negować transformacji duchowej Tolla, jego prywatnego odkrycia stanu "tu i teraz", o tyle cała "psychiczna kosmogonia", opisanie dynamiki tego, co jest w psychice człowieka, trąci trochę amatorszczyzną. A różne "pola energii pozytywnej i negatywnej" to już wyrażenia z domeny popularnej pseudonauki. 

Słuchając Tolla nie można zapominać że przecież większość ludzi na tej planecie doświadczyła jakiejś formy przemiany duchowej. Literatura jest pełna aluzji i konkretnych przykładów. Zresztą niech każdy zapyta się siebie ilu specjalnie "duchowych" ludzi poznał w życiu. Mi od razu przychodzi do głowy pewien francuski kierowca ciężarówki, który swego czasu podwoził mnie stopem z Lyonu do Paryża. Claude był absolutnie "tu i teraz" ale nie robił z tego wielkiej hecy, nie dopisywał do tego żadnych filozofii, żadnych ciał bolesnych czy wewnętrznych. 

Opisy bytów i zjawisk psychicznych istnieją oczywiście od dawien dawna. Na Zachodzie duża rewolucja dokonała się za Freuda a potem Junga z ich "nowymi" konceptami podświadomości, id, ego, super-ego, popędu życia i popędu smierci. Ale to wszystko wydaje się sztubackim szkicem w porównaniu z  buddyjskim obrazem człowieka. Buddyzm wyróżnia pięć skupisk, przez co rozumie swego rodzaju konglomeraty znaczeń na tyle gęste że pozwalające na przeprowadzenie podziału pomiędzy: ciałem, uczuciem, percepcją, świadomością i 52 formacjami mentalnymi (jak na przykład uwaga czyli mamasikara albo entuzjazm czyli piti). Aż trudno uwierzyć że ten wyczerpujący opis człowieka, który można studiować latami, powstał przeszło 2500 lat temu.

A więc skoro człowieka już w pełni opisano, czy warto jeszcze pisać książki o duchowości, jak Tolle czy Millman? Czasami myślę że tak, owszem. Ale nie bezpośrednio, nie ma co opisywać skurpulatnie systemu, bo to już zostało zrobione tysiące lat temu. Za to trzeba dawać ujście codziennej mądrości, która się może nagromadzić w nas, a dana komuś może odmienić życie. Jako przykład zacytuję Roberta Pirsiga: So we move down the empty road. I don't want to own these prairies, or photograph them, or change them, or even stop or even keep going. We are just moving down the empty road. Poezja takiego pasażu wyraża to, co trzeba o najgłębszej naturze człowieka.

 

Thursday, 19 August 2021

Intencja

Wydaje mi się że angielski ma pewien problem ze słowem intention, bowiem, moim zdaniem, ma ono dwa znaczenia których angielski nie rozróżnia. Pierwsze znaczenie można przetłumaczyć jako "zamiar": na przykład mam zamiar podnieść rękę. Zamiar to jest coś, co formuje się w umyśle a potem znajduje przełożenie na czynność, zdarzenie czy proces w świecie materialnym. Zamiar jest czymś co znajduje się dokładnie na granicy między umysłem i materią, ale wciąż po stronie umysłu. Materia oddziaływuje na umysł poprzez zmysły a umysł oddziaływuje na materię poprzez zamiary (a potem mięśnie).

Drugie znaczenie angielskiego intention to ... intencja! Poza mszami "w intencji" kogoś czy czegoś można wykonywać różne inne działania. Moja instruktorka jogi zawsze na początku prosiła abyśmy zaczynali sesję asan od wybrania intencji. Uważała że dzięki temu będziemy ćwiczyć lepiej, z większym poświęceniem (także, ćwicząc w jakiejś intencji, zrzekamy się siebie, własnego egoizmu). Ta intencja nie przekłada sie na świat materialny tak bezpośrednio jak zamiar. Ale taka intencja wpływa na motywację która ma ogromny związek z jakością działań w świecie materialnym. W tej intencji drzemie więc duży potencjał i energia przekształcania materii.

Friday, 5 March 2021

Cena kreatywności

Są dni kiedy praca polega na spotkaniach i dyskusjach, są dni kiedy polega na setkach małych zadań, czasmi bezsensonych jak wypełnianie jakichś formularzy, są dni kiedy polega na szukaniu właściwego kierunku, na planowaniu. Takie dni wydają sie bezproduktywne, wciąż patrzy się w przestrzeń i popija kawę, ale wcale nie są bezproduktywne, wręcz przeciwnie. No i wreszcie istnieją dni techniczne, które spędza się w świecie obliczeń, programowania, algorytmów czy nad czym to tam ktoś musi pracować.

Koncentracja na pracy jest stanem swego rodzaju wyzwolenia. Na kilka godzin zapomina się o sobie i atakuje się problem z różnych stron. Uproczywie, dopisuje się kod, sprawdza się błedy w obliczeniach, aż do tego momentu satysfakcji, gdy gotowy jest produkt, obliczenia, gdy wszystko zaczyna działać. To w te techniczne dni czuje się że się na prawdę pracowało, bowiem stworzyło się coś.

Od małego chciałem być rozwiązywać problemy, główkować i mieć wgląd w tajemnice rzeczywistości. Myślałem o filozofii, literaturze a w końcu o magii. A od magii to już tylko mały krok do fizyki (i do technologii, biologii, medycyny, ale kiedyś te inne drogi nie były takie oczywiste). Dziś myślę że jest zaskakująco dużo zajęc które mogą dostarczać intelektualnego spełnienia. W gruncie rzeczy mechanik samochodowy który rozumie silniki i na prawdę je naprawia (a nie tylko wymienia części podług instrukcji) też spełnia się intelektualnie.

No ale jest ten aspekt twórczości, kreatywności. Dajmy na to że jest ten dzień główkowania, ogromnej koncentracji. Na końcu jest ta nowa rzecz, jakieś obliczenie którego nikt dotąd nie zrobił, albo po prostu moje małe odkrycie może zresztą nieskomplikowane dla paru innych fizyków którzy kiedykolwiek o tym myśleli. Takie skończone obliczenie, napisany papier, daje niesamowitą satysfakcję. Przez chwilę czuję się jak surfer na szczycie fali, cały świat leży u stóp, powinęłem dostać miliony nagrody, stada groupies powinny forsować moje drzwi.

No ale twórczość w naukach ścisłych zwykle nie rodzi takiej popularności jak twórczość w pop-muzyce, rocku czy też osiągnięcia sportowe (powiedzmy jasno, nic nie umniejszając sportowi: to nie jest twórczość!), itd. Odwoływanie się do emocji (np. na stadionie) jest o wiele bardziej zyskowne w naszej bańce kulturowej niż odwoływanie się do skomplikowanych konstruktów intelektualnych. 

Kiedyś znajomy amerykanin opowiedział mi że na jego uniwersytecie laureat nagrody Nobla z fizyki zarabia niemal 10 razy mniej niż terner koszykówki. I tak to wygląda. Twórczość najczęściej jest niedoceniana. Jeśli robi się popularna to głównie dzięki modzie. I nie, nigdy nie będzie żadnych gruppies czy spektakularnych nagród finansowych. Musi wystarczyć satysfakcja z pracy, z udanych eksperymentów czy obliczeń. 

Saturday, 20 February 2021

Tęsknota za barem


Są takie dni kiedy tęsknię za tym aby pójść do baru i zamówić wódkę. Pijąc samemu w barze doświadcza się samotności o wiele silniej niż pijąc samemu na przykład w domu. Fakt że dookoła, na wyciągnięcie ręki są ludzie a jednak jest się samemu, działa jak wzmacniacz poczucia samotności.

Czy zastąpić tą potrzebę ekstremalnej samotności w barze? Skąd bierze się potrzeba ryzyka?

Jako że tu, gdzie mieszkam obowiązuje tak zwana godzina policyjna, więc po 20 nie uświadczy się aut na drogach. Można gnać 150 tam gdzie są znaki do 70, można jechać lewym pasem, można tak rozpędzić auto tak że na małym asfaltowym wzgórku na chwilę wylatuje się w powietrze. To wszystko zrobiłem dzisaj wieczorem gnając z powrotem do domu. Kontrolka systemu kontroli trakcji mrugała jak oszalała, tył uciekał na zakrętach, serce zabiło mocnej kilka razy kiedy było się na granicy przyczepności, a kiedy wjechałem do garażu czuć było ten smród od przypalonych gum czy czego tam jeszcze. Głupie, nieodpowiednie, niebezpieczne a jednak... 

A jednak co? Coś mnie usprawiedliwia? Nic nie usprawiedliwia ryzykowani życia w ten sposób, zwłaszcza kiedy jest się rodzicem. A jednak nie czuję się z tym źle. Wręcz przeciwnie. Dlaczego? Dlaczego, z jakiego powodu, bezsensowne ryzykowanie życiem jest częścią mojej natury? Czy chodzi o to, aby poczuć mocniej że się żyje? Czy może o to że, wobec nieuchronności śmierci, czasu do czasu trzeba rzucić monetą, że to może już teraz i tu właśnie, pod rozgwieżdżonym niebem, na swoich własnych zasadach, a nie za 10 lat na jakimś paskudnym szpitalnym łóżku, na łasce jakichś zapracowanych lekarzy.

I dlatego czasem, niezbyt często, trzeba, uczciwie i dogłębnie, pojechać 150 na zakręcie i czuć jak tył auta ucieka i powstrzymać się od słabości naciśnięcia hamulców, zdać się na niepewność przyczepności opon...



Friday, 18 December 2020

Wolność

"Wolność jest wtedy, gdy zapominasz pisowni nazwiska tyrana" - powiedział poeta, bodajże Josef Brodski - i miał na myśli wolność polityczną, wolność słowa. Czy dzisiaj mamy taką wolność, skoro nawet Unia Europejska - rząd technokratów - nie jest demokratyczna a z powodu Covida rządy wszystkich państw wprowadziły najróżniejsze ograniczenia wolności? Wielu, bardzo wielu mówi że tracimy wolność, jesteśmy coraz bardziej szykanowani to przez władzę, odbiera nam się różne możliwości robienia rzeczy. Mają rację. Przepychanka między tymi, co chcą rządzić a tymi, co chcą być wolni jest wieczna.

Ale przecież istnieje też wolność bardziej intymna, wolność która płynie w żyłach, zupełnie fundamentalna wolność oddychania i czucia. Objawia się ona kiedy wchodzimy do lasu i bierzemy głęboki oddech, albo z radości z ruchu ciała w tańcu. Niektórzy by powiedzieli że to zaledwie poczucie radości pochodzące z obcowania z naturą albo doświadczania własnego ciała, ale sądzę że jest to też wolność i swoboda. To jest wolnność którą o wiele trudniej jest odebrać niż wolność polityczną. I często nie korzystamy wystarczająco tej wolności! Może nawet częściej jej nie wykorzystujemy gdy jesteśmy wolni politycznie i gospodarczo niż kiedy jest nad nami tyran i niewiele więcej poza tą wolnościa krwi nam pozostaje.



Friday, 23 October 2020

Godzina policyjna

No to mamy we Francji i w Rzymie godziny policyjne. Paskudnie to brzmi, ale tylko po polsku. Anglicy, francuzi, włosi postarali się aby słowo nie przerażało: curfew, couvre-feu, coprifuoco, co generalnie nie pochodzi od policjantów partolujących ulice ale od wieczornego nakazu gaszenia świateł. Może i słowo nie przeraża ale nie oddaje istoty rzeczy bo teraz światła można palić do rana natomiast policja jednak będzie krążyć i wyłapywać nocnych maruderów.

Thursday, 25 June 2020

Bezpretensjolnalność

Najdłuższy dzień w roku dłuży się niepomiernie. Nastroje dziewięcioletniej dziewczynki przeplatają się. Jest marudzenie, jest lekkość i niezwykłą wrażliwość na najmniejszą nawet krytykę, na ton głosu. Górska trawa jest niesamowicie zielona, owady intensywnie brzęczą. Mieliśmy iść gdzieś dalej ale mała marudziła, więc poszliśmy na pobliską łąkę. Bez planu, bez sensu, ot tak, żeby wyjść z domu. Co tu zrobić z czasem? Nikt już nie chce grać w bambigtona, zabawy słowne wyczerpują się powoli, doskwiera dziwna pustka codzienności. Banalność. I nic nie pomaga wiedza że  na łące tyle się dzieje, trzeba tylko popatrzeć na tysiące liści i setki owadów, że tak na prawdę, choć wszystko wydaje się bezlitosnie płaskie to tak na prawdę intensywnie i dogłębnie wibruje. Może wypiliśmy za dużo amaro poprzedniego wieczoru? A może to zmęczenie po wczorajszej wycieczce? A może nie umiem już bez ciągłego myślenia o pracy, bez rozwiązywania algorytmicznych problemów które, jako jedyne, wydają się dawać mi satysfakcję?

I nagle jakieś jedno zdanie, śmiech, gest odmienia wszystko. Zupełnie jakby na suchej pustyni lunęła ulewa. Nagle mała mówi coś o tym jak spacery przez nią proponowane są bez planu i dlatego sa najlepsze i z jakiegos powodu czujemy że trafiła własnie w sedno rzeczy. Potem rzuca się na mnie, śmieje i wskakujemy w lekkość, w zabawę. Nic nie jest planowane, wszystko jest niespodzianką a dzieje się naturalnie i bez wysiłku.

Źródło: https://www.azquotes.com/quote/961119
Bezpretensjonalność to słowo objasniające pewną ideę poprzez wskazanie na brak jej zaprzeczenia. W tym przypadku chodzi o stan ducha zupełnie przeciwny do pretensjonalności, zaprzeczeniem sztuczności, czyli nadmiernej samokontroli zachowania mającej na celu wywołanie u innych określonej impresji. Pretensjonalność to nadmierne posługiwanie się umysłem tudzież dostosowywaniem się do sztywnych reguł. Zen wie że prawdziwe oświecenie można osiągnąć tylko w stanie absolutnej spontaniczności i bezpretensjonalności.

Tuesday, 23 June 2020

Bez natchnienia

I jak co roku nastały te dni gorące, kiedy miałoby sens wyjechać gdzieś nad wodę, na Mazury. Jest tak upalnie że czas płynie wolniej. Dźwięki miasta są przyduszone a koty leżą nieruchomo w cieniu. Orzeźwienie przychodzi dopiero wieczorem wraz ze szklanką chłodnego piwa którego pijemy za dużo. W ciągu dnia doskwiera brak inspiracji i rozdrażnienie. Oczekujemy na koniec dnia, zupełnie jakby dnie nie miały celu.

W takiech chwilach pomaga nazywanie rzeczy. Słowa umniejszają ciężar odczuć, umniejszają desperację. "Tak, dzisiaj jest dzień płaski, bez inspiracji, bez celu, pełen irytacji. Bywają takie dni. Bywaja i przemijają." I nagle jest już lepiej. trzeba tylko przetrwać ten dzień, może ten tydzień. Będzie lepiej.

Bez słów trudno jest zdystansować się do odczuć. O ile uczucia to jak dotykanie nagiej rzeczywistości, o tyle słowa, poprzez opisanie, stwarzają bufor bezpieczeństwa, dystans.  "Słowo to zimny powiew" - jak śpiewał Turnau - "Może orzeźwi cię, ale donikąd dojść nie pomoże".  Może i miał rację, ale w takie upały orzeźwienie to jedyne czego można pragnąć.


Thursday, 18 June 2020

Intencje

Zwykle, kiedy idziemy gdzieś, na przykład do sklepu, nie zwracamy uwagi na to, jak stawiamy kroki. Gdzieś w środku mózgu, jakiś wpółautonomiczny układ dba za nas aby właściwie stawiać stopy, odbiera sygnały od zmysłu dotyku potwierdzające istnienie gruntu, i tak dalej i tak dalej. Ale jeśli zaczniemy iść bardzo, bardzo powoli i rozłożymy każdy krok na kilka części składowych, to koncentrując się dostrzeżemy że każda faza ruchu ma swój początek i ten początek poprzedzony jest kruciutką, mikrosekundową myślą, intencją. Takie ćwiczenie, zwane czasem chodzącą medytacją, pokazuje 'naocznie' (w znaczeniu doświadczenia bezpośredniego) że umysł rządzi ciałem. I choć czasem wydaje się nam że robimu jakiś ruch mimowolnie, to jednak natężając maksymalnie uwagę możemy dostrzec ową intencję i kontrolować ciało.

Intencja to bardzo ciekawy koncept, opisujący to, co dzieje się na granicy umysłu i świata materialnego. Co ciekawe znaczenie tego słow rozciąga się od tej bezpośredniej intencji poruszenia się czy wypowiedzenia słowa, wgłąb tajemniczego terytorium gdzie umysł może mieć bezpośredni wpływ na rzeczywistość teoretycznie niezależną od nas. Nie tylko modlimy się w intencji kogoś, ale czasem wykonujemy inne czynności "w intencji" i ten rodzaj aktywności należy do sacrum, bo dotyka nieracjonalnych sił leżących u podstaw rzeczywistości.

Wreszcie jest też pojęcie nieintencyjności. Krzywda uczyniona komuś 'niechcąco' oddala karę (choć u niektórych poczucie winy pozostaje). Czasami brak intencji jest warunkiem osiągnięcia czegoś. W Polskiej mentalności głęboko funkcjonuje przekonanie że głębokie chcenie czegoś wbrew pozorom sprawia że staje się to coś trudniejsze do osiągnięcia. Wynika to z przekonania że mocne chcenie czegoś (pożądanie) jest w pewien sposób skażone poprzez wybujałe ego, a tego rodzaju ego blokuje przecież dostęp do najważniejszych duchowych osiągnięć. Podobnie w buddyźmie - osiągnąć nirwanę można jedynie nie pragnąc niczego, w tym nie pragnąc nirwany.

Kilka linków w temacie:
  • https://prekognicja.pl/prawo-przyciagania/wyrazanie-intencji/

Sunday, 31 May 2020

Noting, knowing, letting go. Buddyzm a literatura.

Jak długo trwa najkrótsza chwila którą jesteśmy w stanie zauważyć? Najkrótszy moment? Nie chodzi o zdarzenie, które może trwać mikrosekundy ale jego slad pozostaje w zmysłach, jak na przykład błysk pioruna.  Chodzi mi o poczucie tego momentu, o kwant naszego własnego istnienia. O wydech rozłozony na części składowe.  O najkrótszą chwilę część teraźniejszości którą jesteśmy w stanie odróżnić.

Czy to pytanie w ogóle ma sens? Czy podział continuum czasowo-przestrzennego nie jest arbitrarny? Czy ostateczną granicą percepcji jest najkrótszy interwał czasowy, czy to tylko konstrukcja myślowa, wynikająca z logiki a jednak nie mająca nic wspólnego z rzeczywistością, bo nasze umysły, w przeciwieństwie do komputerów, są analogowe?

Badanie najkrótszych kwantów teraźniejszości wymaga skupienia na każdej chwili. Potrzeba aby świadomość ani na chwilę nie dryfowała we wspomienia, plany czy analizy, bo świadomość jest jednocześnie narzędziem do badania rzeczywistości, narzędziem które (niemal) nie może spełniać kilku funkcji na raz. W polu widzenia świadomości, w danym ułamku sekundy może być jedna rzecz. Może dwie...? Ten aspekt świadomości nazywamy uwagą.

Funkcją uwagi jest... zauważanie (noting).  Fundamentalny proces zauważania jest jednak złożony.  Czy zauważamy wszystkie bodźce docierające do naszych zmyslów? Czy słyszymy wszystkie dźwięki które docierają do naszych uszu? Otóż nie, zauważanie zawiera pierwszy filtr, który przepuszcza wgłąb umysłu tylko rzeczy ważne, odstające od normy. Ile razy patrzymy na coś "nie widząc"?  Spojrzenie nie widzące, spojrzenie bez uwagi, to jedno z najczęstszych spojrzeń jakie rzucamy światu.

Ilość bodźców docierających do tego miejsca, gdzie mogą zostać zauważone, jest porażająca. Mamy szanse ogarnąć wszystkie tylko w odosobnieniu. W medytacji zauważanie przypomina radar skanujący bezpośrednią rzeczywistość i przepuszcający (prawie) wszystkie, nawet drobne spostrzeżenia wgłąb umysłu w kolejności ich pojawiania się. Wdech, myśl, zapach, stuk u sąsiadów, koniec wdechu, zdrętwienie nogi, swędzenie w karku, wydech, ciepło w brzuchu, lekkie ukłucie, wydech, wydech, koniec wydechu, energie krążąca w całym ciele... Kilkanaście wrażeń bodźców, doznań na sekundę. Kiedy medytujemy to te wszystkie zdarzenia nie tylko zostają zauważone w sposób bierny i automatyczny ale i dostają się pod reflektor świadomości. A funkcją świadomości jest wiedzieć. 

W medytacji wschodniej wszystko co zauważamy powinno dostawać się do świadomości. Pełnia życia to zycie tu i teraz, bez żadnego automatyzmu, bez odfiltrowywania czegokolwiek. Świadomość ma niesłychanie mało czasu żeby coś z tym ciągiem spostrzeżeń zrobić. Nie może zacząć badać pojedyńczych wrażeń, bo wtedy umkną jej następne, więc jedyne co może to dowiedzieć się o zdarzeniu i przejść do następnego. W ten sposób świadomość ani na chwilę nie zagłębia się w analizę, zawsze pozostaje w bezpośrednim kontakcie z bezpośrednią rzeczywistością.

Literatury (piękna) natomiast wyłapuje co ciekawsze z tych odczuć docierających  do uwagi, wyłapuje szczególnie te najulotniejsze, najmniej oczywiste i bada je. To badanie, porównywanie do czegoś innego, opisywanie, odkrywanie esencja literatury, jej raison d'être.  Literatura sprawia że otwierają nam się oczy na coś, czego doświadczamy a z czego nie zdajemy sobie sprawy. 

I tak między medytacją wschodnią a literaturą jest częściowa animozja. W literaturze, łapiąc rzeczywisość za ogon jednocześnie wychodzimy z niej, przynajmniej na tą chwilę kiedy właśnie odkryliśmy w sobie jakieś nowe odczucie, myśl i z zachwytem i zdziwieniem obracamy je na wszystkie strony podziwiając i ubierając w słowa. Bo w literaturze to właśnie słowa służą odkrywaniu. Medytacja wychodzi poza słowa. Odrzuca każdą próbę opisu czegokolwiek. Chce być jak najbliżej rzeczywistości, przylegać do niej tak blisko, aby pomiędzy uwagą i rzeczywistością nie było żadnej przestrzeni, nawet na słowa.




Sunday, 10 May 2020

Divertire

We włoskim bawić się oznacza divertire (albo giocare, ale najpierw skupmy się na divertire - to have fun), czyli odwrócienie się, rozproszenie, zmiana trajetorii, odejście. Od czego? Prawdopodobnie od rzeczywistości.

A w polskim bawić się pochodzi od słowa być! Bawiąc się nie odwracamy się od rzeczywistości, a zaczynamy być na prawdę.

Co ciekawe: tylko w polskim zabawa dzieci i dorosłych jest opisywana tym samym słowem. Po włosku: bambini giocano, adulti si divertono. Po francusku les adults s'amuse (albo ont plaisir - mają przyjemność). Po angielsku children play a adults have fun.

Czyli mamy bardzo różne podejście do zabawy niż inne nacje. Jakie to piekne!

Thursday, 30 April 2020

Idealny stopnień rozwoju


Dzięki technologii oddzieliliśmy się od natury. Na Zachodzie wielu myśli że przeszliśmy już punkt, za którym nie da się zawrócić i że bez ekspotencjalnego rozwoju technologii nie przeżyjemy. Nie przeżyjemy bo staliśmy się słabi i zależni od naszych maszyn. Jesteśmy skazani na coraz szybszy internet, coraz bardziej zaawansowną medycynę, na loty kosmiczne, na rozwój sztucznej inteligencji.  To wszystko może utrzymać cywilizację, pozwolić na leczenie naszych słabnących ciał, karmienie naszych coraz leniwszych umysłów i na utrzymywanie przy życiu resztek natury. Czy to racja? Myślę że nie i najlepiej to pokazał wielki lockdown świata: w czasie kilkunastu dni ludzkiej niekatywności rzeki i powietrze stały się czystsze a na pustych ulicach miast pojawiły się dzikie zwierzęta. Co by było gdyby lockdown trwał miesiąc? Albo rok? A co by się stało z ludźmi? Czyż nie przeżyli by ci z natury najsilniejsi?

Ale pozostaje natrętne wrażenie że do pewnego momentu technologia służyła ludziom, poprawiała nasze życie, często ratowała miliony istnień, ale potem, zaślepieni ideą wiecznego rozwoju, przedobrzyliśmy. W przypadku żywności przeszliśmy z uprawy i hodowli do produkcji, tak samo jak się produkuje środki chemicznych. Oczywiście to, razem z mechanizacją, doprowadziło do niesamowitego wzrostu wydajności, ale ilość nienaturalnych związków chemicznych w codziennym pożywieniu zaczęła rosnąć. Wysiłek fizyczny przestał być potrzebny do życia a przecież nasze ciała potrzebują ruchu, co przyczynia się do chorowitości. Wreszcie pojawiły się komputery i internet, które z jednej strony dały dostęp do nieogranczonej ilości informacji, pozwoliły na nieograniczoną komunikację, wymianę myśli a z drugiej osadziły większość ludzi w swego rodzaju "bańkach informacyjnych", dała algorytmom władzę nad tym jakie informacje są nam przedstawiane, pozwoliła na wyrafinowaną socjotechnikę i zabrała prywatność. Na przykłądzie komputerów i sieci najwyraźniej widać że technologie przestały służyć temu, aby człowiekowi żyło się lepiej, rozwój technologii stał się wartością samą w sobie. Po co komu tak na prawdę jest tak zwany Internet Rzeczy. Czy faktycznie fakt że będziemy mogli pogadać z lodówką poprawi nasze życia? Miliony gadżetów które są tworzone mają funkcje zupełnie redundantne, do niczego tak na prawdę nie przydatne. Już od dawna możemy oglądać video na smartfonach więc do czego potrzebujemy 5G? Może pęd do wprowadzenia 5G sugeruje że istenienie jakiejś globalnej AI, która w ten sposób chce się rozwinąć? (Forbes)

Dlatego właśnie warto stawiać pytania o rozwój. W zachodniej cywilizacji słowo rozwój ma wydźwięk zdecydowanie pozytywny. Rozwój jest jednoznacznie utożsamiany z sukcesem, nie patrzy się na niego jak na miecz obusieczny. A tymczasem prastara powiedzenie że wszystko ma swoje dobre i złe strony nie przestało być prawdziwe.

Nie powinniśmy unikać stawiania trudnych i niestandardowych pytań.  Czy, aby uratować planetę (i nas na niej), faktycznie potrzebujemy nowych technologii czy może raczej należałoby się wycofać do pewnego punktu w przeszłości? Czy nie osiągnęlismy już punktu optymalnego rozwoju i powinniśmy zabronić dalszego rozwoju przynajmniej w niektórych obszarach? Czy dalszy rozwój nie jest już post-humanistyczny, znaczy przekraczający miary człowieczeństwa, wypaczający je, prowadzący do destrukcji?

Oczywiście może tak być że rozwój technologiczny jest częścią naszego genotypu i nic nie możemy nań poradzić. Albo, po prostu, ten kto ma lepsze technologie rządzi światem i postęp jest napędzany głównie przez potrzebę władzy.

Tuesday, 28 April 2020

Corporis et sanguis humanus

Tysiące pokoleń medyków studiowało ciało człowieka, zagłębiało się w jego tajemne arterie, meridiany, włókna, tkanki i subtelne organelle. Traktowali ciało człowieka jak wartość nadrzędną, fascynowali się nim, poświęcali życie aby pojąć najdrobniejsze detale jego funkcjonowania.  Porównywali je do mikrokosmosu, zastanawiali się gdzie rezyduje umysła a gdzie dusza, badali jak owe byty wpływają na siebie, dochodzi do zaskakujących wniosków dotyczących stref świadomości i podświadomości. Człowiek, zapatrzony w siebie, analizujący siebie bez końca.


© Royal College of Physicians. From Nevrologie by Ludwik 
Hirschfeld (dissection) and Jean-Baptiste Léveillé (drawings).

Nagle gdzieś w TV widzimy obrazy wojny, w których jeden człowiek strzela do drugiego człowieka, bez sekundy zastano- wienia. Pozbawia inne ciało jego życia, mikrokosmos, bogactwo przeżyć zostaje zniszczony, zamienia się w martwą materię. 

Ten kontrast między nastawieniem na badanie i analizowanie tego obiektu będącego niesamowią kolekcją historii, odruchów, myśli, wrażeń, o których możnaby pisać biblioteki książek a prze- kreślaniem tego obiektu przy pomocy jednego wystrzału... ten kontrast jest tak trudny do objęcia, zrozumienia, akceptacji.

Nie winię człowieka, to natura jest niesamowicie rozrzutna. To natura tworzy niesamowice subtelne i skomplikowane byty aby pozwolić im unicestwiać się nawzajem. A my, ludzie, którzy stworzyliśmy pojęcie sensu, nie znajdujemy go w działaniach natury.

Saturday, 11 April 2020

Laboratorio

Słowo labolatorium wylądowało w języku polskim, bez zmiany w pisowni, prosto z łaciny. Oznacza obiekt, pomieszczenie, budynek, zespół budynków, poświęcony przeprowadzaniu naukowych eksperymentów. Etymologia tego słowa jest prosta: labor oznacza w łacinie pracę, czyli labolatorium oznacza po prostu warsztat, pracownię. W ten właśnie sposób słowo to jest używane na przykład we Włoszech: laboratorio może oznaczać piekarnię albo warsztat w którym mój znajomy szyje wyroby skórzane. Włosi mają też słowo officina, ale różnica między laboratorio i officina jest chyba bardziej płynna niż między naszymi warsztat i laboratorium.
No więc jedziemy do Włoch i znasz najomy mówi że ma laboratorio. W nas to od razu budzi swego rodzaju szacunek, no bo to przmi poważnie. Idziemy odwiedzić owe laboratorio i widzimy skromny warsztacik. Ale gdybyśmy nie poszli, nie zobaczylibyśmy i gra pozorów byłaby kontynuowana. Takich słów jest wiele i powodują swego rodzaju dominację językową zachodniej kultury. Oczywiście teraz, w 2020, Polacy już tak łatwo tej grze pozorów nie ulegają.

Pamiętam też, kiedy pierwszy raz wyjechałem na kontrakt do Francji, nie mogłem zrozumieć jak kraj takich patentowanych leni może być bogatszy od zapracowanej Polski. Przez dwa lata pracowałem na uniwersytecie na południu i miałem wrażenie że cała kiludziesięcioosoba administracja opiera się na dwu paniach, które były zawsze pomocne i potrafiły załatwić każdą sprawę, podczas gdy ich koleżanki były wciąż nieobecne (kawa, urlop, papieros, odbieraie dzieci ze szkoły itp, itd.). Te dwie skrupulatne panie były z Alzacji.

Miałem też duży problem ze słowem travailler, czyli znowu z pracą. Tym razem chodziło o czasownik. Studenci we Francji pracowali w bibliotece, pracowali czytając książkę, pracowali rozwiązując zadania. Do opisania tych wszystkich czynności nie używali słowa studiować ale pracować.  Wydawało mi się to niesłuszne, bo praca to jest coś, gdzie oddajemy swój czas i wysiłek żeby dostac pieniądze a studiowanie... toż to jest swego rodzaju luksus, kiedy spędzamy czas (i pieniądze) na wzbogacaniu siebie, rozwijaniu zainteresowań, pogłębianiu wiedzy. No ale we Francji, jak czytasz książkę to pracujesz i nawet jakiś support od państwa się należy. Ciekawe czy po 20-tu latach wszystko się pozmieniało i studenci w Polsce też pracują czy jeszcze studiują?


Monday, 23 March 2020

It occurred to me

Mój ulubiony cytat z "The Million Dollar Hotel" Wendersa pada z ust TomToma w momencie kiedy zabija się skacząc z dachu: 



Zdjęcie pochodzi z tego bloga
Wow, 
after I jumped 
it occurred to me, 
life is perfect, life is the best.  
It's full of magic, beauty, opportunity, 
and television, 
and surprises, lots of surprises, yeah. 
And then there's that stuff 
that everybody longs for, 
but they only real feel when it's gone. 
All that just kinda hit me. 
I guess you don't really see it all clearly 
when you're - ya know - alive.



Szczególenie owo "it occured to me", które oznacza rodzaj pasywnego zrozumienia. TomTom nie mówi "pomyślałem", mówi "objawiło mi się". Sęk w tym że w polskim czasownik objawić ma silne konotacje religijne a słowa bliskoznaczne jak unaocznić, uwidocznić, ukazać, nie do końca oddają właściwy sens. A przecież większość myśli, z tych prawdziwie odkrywczych, właśnie nam się objawia. Owszem, są metody myślenia, metody dedukcyjne, przydatne w inżynierii czy nauce. Stosowanie tych metod, rozumienie ich, także jest myśleniem, ale wcale nie odkrywczym. Kiedy Isaac Newton odkrył prawo ciążenia jestem pewien że it occured to him.

No i jest ta część TomTomowej wypowiedzi która jest blisko związana z buddyzmem: jest coś czego nie można jasno zobaczyć dopóki jest się żywym. Przy czym w buddyźmie nie chodzi o popełnienie samobójstwa ale o akceptację faktu że 'ja' nie jest realne.

Friday, 13 March 2020

Jusqu'au bout

Nieważne jaki temat rozważamy. Zgłębiając go dostatecznie do reszty, "jusqu'au bout" - jak mawia Christoph Laloi, dokopujemy się do całego wszechświata znaczeń, aspektów, asocjacji. Dochodzimy do miejsca gdzie znaczenie pojęć rozmywają się, do granicy języka. To taka nasza Zachodnia nirwana, osiągana na sposób filozoficzny, nie prowadząca do wiedzy innej niż ta, że świat jest skomplikowanym, pełnym połączeń i nie dającym się opisać słowami bytem. Więc trzeba brać życie na spokojnie.



Monday, 2 March 2020

Maszyna

Kiedy myślę 'maszyna' to gdzieś w podświadomości mam obraz czegoś mechanicznego, czegoś, co jest przeciwieństwem biologicznego ciała. Może to dlatego że mój ojciec był inżynierem mechanikiem i w domu była masa książek o maszynach. I dlatego ciągle czuję pewien dysonans kiedy każą mi myśleć o komputerach jako o maszynach. Termin 'uczenia maszynowe' zawiera w sobie jakiś dysonans. A przecież, w ramach najbardziej ogólenj definicji cybernetycznej maszynami jesteśmy także my - ludzie - jak i wszystkie żywe stworzenia. Zaczynam mieć wrażenie że znaczenie słowa 'maszyna' jest rozciągane jak gumka recepturka i że za chwilę pęknie i nie będzie znaczyć już nic.