Showing posts with label literatura. Show all posts
Showing posts with label literatura. Show all posts

Saturday, 8 February 2025

Od deski do deski

Rano był prawdziwy mróz, szron przybielił trawę, krystalicznie zimne powietrze sprawiło że mgły pięknie tańczyły nad ciepłą rzeką a światło odbijało się klarownie od metalowych dachów domów. Kiedyś takie poranki były normą, ale teraz czasy się zmieniły. Tej zimy, jak dotąd śnieg leżał jeden dzień, a takiego dobrego mrozu też było jak na lekarstwo. Czy ktoś jeszcze tęskni za mrozem?

Skończyłem czytać "Book of longing" Cohena. To są wiersze. Piękne, dogłębne, trochę obce, trochę bardziej uniwersalne. Trochę znane z jego muzycznych albumów.

Poezję czyta się tak bardzo inaczej niż prozę. Nie można tomiku po prostu przeczytać od deski do deski i zamknąć sprawę. Trzeba wracać do wierszy z poprzednich stron, trzeba przeskakiwać na koniec i z powrotem na początek, trzeba po przeczytaniu kilku strof zatrzymać się, wyjść na balkon, popatrzyć na świat w sposób troszkę inny, czasami nawet bardzo inny, trzeba wrócić na początek wiersza, przeczytać te parę słów na nowo, trzeba dać się zaskoczyć to nagle nową perspektywą... Trzeba zaakceptować że czytanie wierszy niewiele ma wspólnego z czytaniem służącym do zdobycia informacji z podręczników, lub do wysłuchania jakiejś historii z powieści. Ma zupełnie inną funkcję. Służy takiemu przestawianiu słów, takiemu ich nieoczekiwanemu splataniu, aby wydobyć nową perspektywę, zakwestionować starą i w końcu coś zmienić w sposobie w jaki widzi się samego siebie i świat.

Jest już słoneczne południe, 8 lutego, temperatura sprawia że na balkon wychodzi się w szortach. Dzień utracił poranną świeżość, nieskończoność alternatyw tego, jak może się potoczyć została zredukowana. Book of longing trafił, chwilowo, na półkę książek "przeczytanych".

Wednesday, 1 January 2025

Veronesi

 

Ostatniego dnia grudnia skończyłem czytać moją pierwszą książkę Sandro Veronese. Niewątpliwie to jedno z dużych odkryć literackich 2024. Pisarz na miarę Iana McEwana (z dość oczywistych powodów Il Colibri przypomina mi zresztą Lessons) czy Murakamiego. Piękna książka. Dziękuję AG za ten prezent. 
Muszę przyznać że dotąd literatura włoska kojarzyła mi się raczej z dziełami z poprzednich epok a tu taka perełka. Na tyle pięknie napisana, choć niełatwym przecież językiem, że udało mi się docenić, chyba pierwszy raz, jakość włoskiego oryginału. 
Tymczasem jest pierwszy stycznia, słuchamy noworocznego koncertu z teratru Fenice w Wenecji, i życzymy sobie aby transformacje którym ulega świat, bo musi ulegać transformacjom, nie były zbyt brutalne w tym nowym, 2025 roku. Aby destrukcja nie objęła tego co uważamy za najgodniejsze zachowania i cenne dla naszej, zachodniej cywilizacji. Jak dobra literatura.
Swoją drogą warto sobie zdać sprawę że dobra literatura, muzyka, dobre filmy... to wszystko starzeje się wolniej niż wynosi produkcja wyśmienitej literatury, muzyki i filmów. A tymczasem nadszedł już przecież demograficzny kryzys, jeszcze nie tak widoczny, objawiający się podobnie jak kryzys klimatyczny. I pytanie jest kto będzie czytał, słuchał, oglądał te wszystkie wspaniałe dzieła?

Monday, 15 April 2024

Utrata

Każdy rodzic zna (lub dopiero pozna) to uczucie, kiedy dziecko dorasta, zmienia się w sposób niespodziewany, nie "swojski" i oddala się mentalnie. Ten absolutnie naturalny i konieczny proces dorastania daje nam, rodzicom, poczucie utraty czegoś najbardziej osobistego, tej osoby która była przez tyle lat niemalże częścią nas samych a teraz staje się kimś odrębnym. Kimś należącym do świata, nie do nas.

Podobnego uczucia doświadczyłem ostatnio w zupełnie innej sytuacji - wydając książkę. Książeczka jest dość osobista, zawiera dwa opowiadania i kilka tekstów które może najtrafniej nazwać epifaniami, opisami ulotnych wrażeń, bez fabuły. Teksty "pisały się same" przez kilkanaście ostatnich lat, aż wreszcie zdecydowałem je upublicznić. I od tego momentu te teksty stawały się coraz mniej "moje", coraz mniej prywatne. Najpierw eksperckie korekty, genialny projekt okładki... aż po umieszczenie pewnej bardzo małej liczby egzemplarzy w księgarniach - poczucie utraty czegoś osobistego towarzyszyło mi niemal cały czas.

Egzemplarze autorskie trafiły do mnie w ten weekend. To bardzo szczególne uczucie. Właściwie pierwsza publikacja która nie jest tekstem technicznym, adresowanym do wąskiej grupy ekspertów. Aż otworzyliśmy butelkę Chatoneuf-du-Pape (która wcale nie była aż tak dobra...).
 


Wednesday, 7 February 2024

Czytając McEwana

Skończyłem niedawno "Lekcje", najnowszą powieść Iana McEwana. Wydana w 2022, gruba na przeszło 550 stron, historia życia Rolanda Bainesa, jest wpleciona w dzieje XX wieku. Życie Rolanda jest pełne zaskakujących zdarzeń a jednocześnie jest w nim dużo normalności czy może raczej przeciętności. Czy każde życie ma w sobie wiele magii, więcej niż byśmy się spodziewali jako zewnętrzni obserwatorzy? I czy życie Rolanda, w ostatecznym rozrachunku, jest udane czy nie? Sam bohater zadaje sobie niejednokrotnie to pytanie. I co to jest ostateczny rozrachunek? Czy on w ogóle istnieje? 

Wygenerowane przez DALL-E.

Doczytywałem tę książkę niecierpliwie, nawet wyłgałem się od spotkania ze znajomymi aby ją dokończyć. Jej styl i tematyka nie pozostawiała najmniejszej wątpliwości co do autorstwa, niemal zahaczając, choć bez ujmy na honorze, o pewną powtarzalność.  Pamiętam pierwszą moją książkę McEwana - to były Black Dogs (w oryginale) - podarowane mi przez serdecznego przyjaciela. Z jakiegoś wpółmagicznego powodu akcja Black Dogs  rozgrywała się w miejscach które nas łączyły. Ta książka była odkryciem, ale potem w twórczości McEwana widzę pewną nadmierną równomierność. Kolejne książki są świetne, ale coraz mniej zaskakujące.

Skończyłem czytać w łóżku i może dlatego nad ranem miałem tyle niekonwencjonalnych myśli. Gorączkowo próbowałem je rozwinąć, skupić pozostawiając jednocześnie wystarczająco miejsca aby pojawiały się wciąż nowe. W efekcie, kiedy przyszło do prób zapisania, siedziałem kilka minut nad pustą kartką z długopisem trzymanym w bezradnym geście. Zaraz zaraz, jak to jest że myśli tak trudno zapisać? Czy to dlatego, że idee pojawiające się w umyśle nie do końca są słowami? Nie mówi tu o poezji ale o najzwyklejszych zdaniach? One też, przy próbach przelewania na papier, bywają trudne, bardzo trudne, zupełnie tak, jakby oryginalna myśl nie do końca była słowem albo jakby była wyrażana w jakimś wewnętrznym metajezyku umysłu a proces przelewania jej na papier był w gruncie rzeczy tłumaczeniem na polski. Nie znam odpowiedzi na to pytanie, ale obiekty umysłu wydaja się bardzie złożone niż język, maja zwykle pewien ładunek emocjonalny, może zapach, barwę i fakturę. To wszystko odpada jeśli komponujemy z nich podręcznik, ale coś z tego zostaje jeśli piszemy literature.

Takie więc miałem myśli o poranku, przed świtem, po przeczytaniu ostatniej książki Iana McEwana. Książki będącej opisem życia pewnej postaci. Biblia (Nowy Testament) i Koran także są historiami czyjegoś życia. Czemu te duchowe przewodniki nie maja formy podręczników? Czemu są raczej literatura faktu, jakbyśmy dzisiaj powiedzieli?

Mam swoja teorie na ten temat. Siła literature polega na tym, że można pisać pewne prawdy bez potrzeby ich uzasadnienia czy dowiedzenia. A prawdy logicznie nieuzasadnione czyli wykraczające poza logikę są nam równie potrzebne do życia co twarda nauka. Nie wszystko da się powiedzieć równaniem czy matematycznym dowodem.

Czyli trzeba ufać literaturze jako duchowemu przewodnikowi. Jednakże wydaje mi się że nie trzeba odwoływać się do starożytnych tekstów bo jest wielu nowożytnych autorów którzy pisali lub piszą taka duchowa literature, choćby Proust, McEvan, Oz, Pirsing (choc dla niego opowieść jest ostentacyjnie tylko pretekstem), Saint-Exupery, Kessel, Conrad, itd, itd. Ale chyba żadnej pojedynczej książce ani nawet żadnemu autorowi nie zaufałbym jako duchowemu przewodnikowi (sorry Marcel). Trzeba czytać ich wszystkich, dojrzewać czytając, czasami wracać do niektórych książek aby przeczytać je po latach albo w innym języku. To samo dotyczy ksiąg świętych bo one tez napisane były przez ludzi.

Thursday, 12 October 2023

Gorący październik

Te dni zaczynają się od jesiennych mgieł, przez które, początkowo z trudem, przebija się słońce, po czym przechodzą w popołudnia suche i ciepłe, właściwie gorące, jak na październik. Jest w tej pogodzie coś, co zwykle spotykało się w kwietniu, jakieś rozleniwienie, chęć nic nie robienia. Zamiast pędzić do domu schodzę z roweru i spokojnie, powoli idę przez las.

Obrazek wygenerowany przez DALL-E.

Kiedy tekst, opis, zaczyna zawierać zbyt dużo słów? Kiedy dodanie informacji nie tylko nie poprawia przekazu ale wręcz go pogarsza? Ile trzeba nie-dopowiedzieć aby wyrazić się jak najprecyzyjniej? Takie mnie nękają pytania... 

Thursday, 18 May 2023

Ichtys

Wniebowstąpienie, ascension, święto upamiętniające ostatnią wizytę Jezusa na ziemi, przed wstąpieniem w niebiosa. Jezus na prawdę odchodzi dopiero 40 dni po śmierci, w międzyczasie trwają w swoistym bardo, co jest buddyjskim terminem na stan między życiem a śmiercią. Co ciekawe, w tradycji buddyjskiej istnieje pojęcie 49 dni między śmiercią a reinkarnacją. Najwyraźniej nasze cywilizacje pochodzą ze wspólnego pra-kotła, ale mnie dzisiaj nurtuje przyziemne pytanie dlaczego w Szwajcarii, która jest wpółprotestancka, jest wolne, a w Polsce, Francji, Włoszech nie? Przypominam sobie że to pytanie nurtuje mnie co roku. Prawdopodobnie dlatego że to jest jedno z niewielu świąt wspólnych dla katolików i protestantów. 

W nocy obudziłem się i czytałem niedawno odkrytą książkę Brodskiego o Wenecji. Znalazłem ją tylko po angielsku (eh, żywot miłośnika literatury na emigracji), w którym to języku książka nosi tytuł "Watermark" czyli "Znak wodny". Proza Brodskiego jest mocna i zaskakująco trafna. Notuję wiele cytatów, między innymi ten:

"No doubt the attraction toward the smell (of freezing seaweed) should have been attributed to a childhood spent by the Baltic, the home of that meandering siren from the Montale poem. (...) The source of that attraction, I’d always felt, lay elsewhere, beyond the confines of biography, beyond one’s genetic makeup—somewhere in one’s hypothalamus, which stores our chordate ancestors’ impressions of their native realm of—for example—the very ichthus that caused this civilization." 

Na Zachodzie lubimy negować nasze korzenie. Szukamy alternatyw dla kościoła katolickiego, oskarżamy go o zbrodnie, pedofilię, morderstwa, nadmierne bogactwo, wyprawy krzyżowe, agresywne "nawracanie" niewiernych (ciekawe, słowo nawracanie sugeruje że niewierni byli już kiedyś na właściwiej drodze, zboczyli i trzeba ich na nią nawrócić) i tak dalej. Ulubione alternatywy to ateizm, hedonizm, komunizm, scjentologia, buddyzm czy próby powrotu do oryginalnej,  słowiańskiej duchowości, bowiem przecież całe to złe chrześcijaństwo i nas, dobrych i żyjących w zgodzie z naturą Słowian niegdyś podbiło, podobnie jak Hiszpanie podbili i zniszczyli Majów, Anglosasi Indian z Ameryki Północnej a kosmiczna korporacje lud Na'vi na planecie Pandora (no cóż, w filmie się to jednak nie udało). Tak więc kpimy z dewocji moherowych beretów jednocześnie bojąc się przyznać że to chrześcijaństwo właśnie zbudowało tą naszą cywilizację, że tkwi w nas od pokoleń, zakorzeniony głęboko w podświadomości, niemożliwy do wyplenienia. Miliony ludzi, tysiące lat historii a my próbujemy to zastąpić jak naprędce obdzierganym światopoglądem, co więcej atakujemy chrześcijaństwo, chcemy je wyeliminować. Ale natura nie znosi pustki i to, co przychodzi na miejsce chrześcijaństwa nie oferuje tak podstawowych zasad jak oddzielenie (przynajmniej teoretyczne) państwa od kościoła czy tolerancja dla innowierców.

I dlatego ja, ochrzczony i niewierzący w zinstytucjonalizowanego Boga, bronię kościoła. 



Sunday, 19 February 2023

Niedosłowność, specyficzność i historyczność

Marcel Proust, Joseph Kessel, Andrzej Stasiuk, Haruki Murakami, Ian McEvan, Sylvain Tesson, Joseph Conrad, Zygmunt Haupt, Amos Oz, Stefan Chwin, Vladimir Nabokov, Milan Kundera, Alejo Carpentier, Malcom Lowry, Gabriel Garcia Marquez i całkiem wielu innych pisarzy opowiada rzeczy ponadczasowe i transcendentne. Często te opowieści trafiają w sedno o wiele lepiej niż suche i logiczne rozprawy filozofów. Zupełnie jakby opisywanie specyficznego, konkretnego życia czy historii było (potencjalnie) bliższe prawdzie o świecie (czy raczej esencji świata) niż setki stron ontologicznych rozważań Heideggerów, którzy próbują opisać świat dosłownie, logicznie, precyzyjnie. Tymczasem Biblia jest zbiorem opowieści, Platon pisał dialogi a Sokrates po prostu rozmawiał z ludźmi. Pewna moja znajoma Deniz napisała kiedyś: "I realised there's something ‪‎incredibly‬ ‎honest‬ about ‪‎trees‬ in ‪‎winter‬ how they're ‪experts‬ at ‪‎letting‬ things ‪go‬". I choć Deniz jest okazjonalną blogerką to czasami trafia w sedno. No ale to jest poezja w jej prozie. Ah poezja!

O ile wyżej wymienieni to literatura, to Robert Pirsing i Dan Millman już raczej traktują literaturę jako środek przekazu. To bardziej konkretne idee ubrane w historie aby były lżej strawne. Choć Pirsingowi nie można odmówić zarówno polotu jak i orginalności. Ale Dan mógłby już po prostu pisać wprost, bez oblekania w bawełnę, jak Eckhart Tolle. No może ciut przesadzam, historia Sergeia Ivanova wciąga, choć może dlatego że jest jakoś geograficznie bliska mnie, bowiem pochodzę z kraju nad którym okrócieństwa Rosji od zawsze kładły się cieniem. Że już nie wspomnę o zachodnim sąsiedzie.

Główny problem z literaturą jest taki, że nikt jej nie klasyfikuje zgodnie z jej prawdziwością czy dokładnością opisu świata. Książka która opisuje ludzkie cierpienie, która przemyca ideologiczne przesłania, albo może tylko dokumentuje wydarzenia może być tak samo wychwalana co dzieło niemalże filozoficzne. Trzeba lat czytania książek i doświadczeń aby stworzyć swój własny kanon ksiąg mądrych.
  

Podsumowując: myślę że niedosłowność opowieści jest jej zaletą, że świata nie da się ostatecznie poznać w sposbó dosłowny, że trzeba czytać między liniami powieści i wierszy. Ba, najlepsze poematy składają się z samych międzylinii.

Friday, 11 February 2022

Teorie duchowości i pisanie o nich

Podróżując autem słuchałem ostatnio "Potęgi teraźniejszości" Eckharta Tolle. Książka traktuje o duchowości człowieka, przedstawia wizję najważniejszych elementów i procesów zachodzących w psychice: ciało bolesne (albo raczej różne ciała bolesne), myśliciel, ciało wewnętrzne, akceptacja, odrzucenie.  O ile nie można negować transformacji duchowej Tolla, jego prywatnego odkrycia stanu "tu i teraz", o tyle cała "psychiczna kosmogonia", opisanie dynamiki tego, co jest w psychice człowieka, trąci trochę amatorszczyzną. A różne "pola energii pozytywnej i negatywnej" to już wyrażenia z domeny popularnej pseudonauki. 

Słuchając Tolla nie można zapominać że przecież większość ludzi na tej planecie doświadczyła jakiejś formy przemiany duchowej. Literatura jest pełna aluzji i konkretnych przykładów. Zresztą niech każdy zapyta się siebie ilu specjalnie "duchowych" ludzi poznał w życiu. Mi od razu przychodzi do głowy pewien francuski kierowca ciężarówki, który swego czasu podwoził mnie stopem z Lyonu do Paryża. Claude był absolutnie "tu i teraz" ale nie robił z tego wielkiej hecy, nie dopisywał do tego żadnych filozofii, żadnych ciał bolesnych czy wewnętrznych. 

Opisy bytów i zjawisk psychicznych istnieją oczywiście od dawien dawna. Na Zachodzie duża rewolucja dokonała się za Freuda a potem Junga z ich "nowymi" konceptami podświadomości, id, ego, super-ego, popędu życia i popędu smierci. Ale to wszystko wydaje się sztubackim szkicem w porównaniu z  buddyjskim obrazem człowieka. Buddyzm wyróżnia pięć skupisk, przez co rozumie swego rodzaju konglomeraty znaczeń na tyle gęste że pozwalające na przeprowadzenie podziału pomiędzy: ciałem, uczuciem, percepcją, świadomością i 52 formacjami mentalnymi (jak na przykład uwaga czyli mamasikara albo entuzjazm czyli piti). Aż trudno uwierzyć że ten wyczerpujący opis człowieka, który można studiować latami, powstał przeszło 2500 lat temu.

A więc skoro człowieka już w pełni opisano, czy warto jeszcze pisać książki o duchowości, jak Tolle czy Millman? Czasami myślę że tak, owszem. Ale nie bezpośrednio, nie ma co opisywać skurpulatnie systemu, bo to już zostało zrobione tysiące lat temu. Za to trzeba dawać ujście codziennej mądrości, która się może nagromadzić w nas, a dana komuś może odmienić życie. Jako przykład zacytuję Roberta Pirsiga: So we move down the empty road. I don't want to own these prairies, or photograph them, or change them, or even stop or even keep going. We are just moving down the empty road. Poezja takiego pasażu wyraża to, co trzeba o najgłębszej naturze człowieka.

 

Thursday, 2 December 2021

Pierwszy śnieg


Spadł pierwszy śnieg, pokrył krajobraz i pokazał świat z innej, nowej strony. Białość puchu podkreśliła kontury nagich gałęzi, ich szpiczastość, sterczenie które normalnie są zamaskowane najpierw przez liście a potem przez szaroburość listopada. Świat przypruszony śniegiem jest nadzwyczaj bogaty, właśnie dzięki tym nowym szczegółom. Ba, nawet kolory są bogate, bo choć główne barwy znikneły to bogactwo odcieni nie ma sobie równych w innych porach roku. Oto jeszcze liście, już bardzo nieliczne i pożółkłe, ale każdy z nich mieni się setką odcieni. 

I ta cisza. Dlaczego przypruszony pejzaż jest tak cichy? Czy to wynika z braku tych drobnych poruszeń generowanych przez wiecznie drgające liście albo ptaki grzebiące w cieniu? Ten bezruch jest podobny do sierpniowego popołudnia, tak dobrze opisanego przez Schultza w Sklepach cynamonowych. Ale cisza, cisza jest inna. Relaksująca. Zima to czas odpoczynku. Może stąd ta cisza.

Mknę śliską drogą i nic nie mogę zrobić na to, że przychodzi mi do głowy piosenka Czyżykiewicza:

Szlajam się, nucę pieśń,

Nic się nie zmieniło 

Z nieba pada pierwszy śnieg

Moja pierwsza miłość.

Sunday, 31 October 2021

Tam, gdzie leżą królowie Genewy

Jest taki cmentarz, w centrum Genewy, gdzie są groby ludzi znanych: pisarzy, kompozytorów, polityków, itp. Nazywa się Cimetière des Rois (Cmentarz Królów) albo, mniej pomaptycznie, Cimetière de Plainpalais, gdzie Plainpalais to nazwa dzielnicy Genewy (tak, nie jest to ścisłe centrum). Cmentarz przypomina raczej miejski park, z rzadko rozrzuconymi grobami, wkomponowanymi między starannie utrzymane drzewa, krzewy no i trawnik. Tą parkową atmosferę podkreśla szum miasta i fakt że sami Genewczycy traktują to miejsce jak park miejski: dookoła grobow hasają dzieci przebrane w Halloween, przebiega jakaś para uprawiająca jogging a jakiś młodzieniec przechodzi szybko obijając piłke. Leży tu gdzieś sam Kalwin, ale dla miłośników literatury inne nazwiska budzą większą  ciekawość.

Robert Musil i Jorge Luis Borges, to dwaj pisarze tak różni jak dzień i noc, ale znaleźli się na tym samym cmentarzu. Jeden zastanawiał się nad społeczeństwem i jego przemianami. Uciekł do Szwajcarii przed faszystami i zmarł w zapomnieniu. Drugi pisał o kondycji jednostki, najbardziej intymnej i mistycznej i pełnej paradoksów. Był mistrzem dobierania słowa. Przeprowadzil się z Argentyny do Genewy razem z rodziną jako nastolatek, wrócił do Argentyny po 10-ciu latach, zrobił kariere pisarską, omal nie dostał nagrody Nobla i wiele podrozowal. Ale na sam koniec życia wrócił do Genewy aby tutaj umrzeć. 

Ostatni dzień października jest idealny do przechadzek po cmentarzach. Słońce gaśnie, światło jeszcze tu i ówdzie migota w pożółkłych liściach, dając efekt rozmazania jak na obrazach Moneta. Ani grób Musila ani Borgesa nie podobają mi się szczególnie. Moją uwage zwraca niewielka mogiła po sąsiedzku od Borgesa. Grisélidis Réal, pisarka, malarka i ... prostytutka. Lektura wikipedii ujawnia że Grisélidis nie tylko była prostytutką ale była też aktywistką w sprawie prostytutek. Uważała że prostytucja jest wyborem kobiety.

Cmentarz Królów w Genewie zawiera ciekawe zestawienie charakterów. Są tam królowie literatury ale i królowe życia.



Friday, 8 October 2021

Mermoz i Demian

Kiedyś, gdy byłem młody i głodny wszystkiego, czytywałem po sto i więcej kasiążek rocznie. Pożerałem je niemalże masowo. Potem zaczęło się to zmieniać, z powodu zaawansowanej pracy miałem mniej czasu no i musiałem - muszę - czytać masę dokumentów technicznych. I choć od czasu jak skończyłem liceum nie miałem telewizora to przecież pojawił się nieszczęśny internet z potralami zoptymalizowanymi na przyciąganie naszej uwagi... niestety uzależnienie od tego dziadostwa nie ominęło też mnie.

Czytuję nadal, ale znacznie mniej. Czytuję też w inny sposób. Mam w sobie jakby już wystarczająco dużo treści, z książek ale przede wszystkim z życia. Mam w sobie wystarczająco dużo obrazów i śmiesznym wydaje mi się niegdysiejsze pragnienie żeby sfotografować cały świat. Wspomnienia, treści, obrazy przelewają się poprzez brzegi naczynia jakim jest moja pamięć, a więc czytanie książek dla ich treści, choć wciąż ważne, jednak straciło na znaczeniu. Literaturą piekną się delektuję, nie wzbraniam się przed powtórnym przeczytaniem jakijś pozycji.

I tak na przykład w wakacje przeczytałem, a właściwie przesłuchałem w czasie tysiąckilometrowych podróży autem, "Demiana" Hessego. W notatniku w którym od czasu jak miałem 15 lat zapisuję tytuły przeczytanych książek, "Demian" ma pozycję 153 z datą sierpień 1992, a więc 29 lat temu.

Jak mnie wtedy poruszył! "Mistycyzm - zupełne nowa jakość!" - napisałem jako nastolatek. "Tylko zakończenie sprawiło mi zawód. W ogóle powieść jest raczej przeciętna literacko. Ale gdzie jest moja droga? Jest inna niż Sinclaira." - pisałem dalej.

Teraz, 29 lat później, "Demian" znowuż nie zachwycił pięknem literackim a na dodatek obudził trochę wątpliwości dotyczących związków przedstawionego obrazu świata z faszyzmem (tym oryginalnym faszyzmem z czasów Hitlera, a nie tym który teraz politycy obrzucają się tak często, że słowo to utraciło swoje lodowate, ponure znaczenie) który próbował zmienić świat i tego rodzaju mistycyzmu używał.

Ale miało być o Mermozie. Dobra znajoma zarekomendowała mi tą książkę Kessela i postanowiłem przeczytać ją w oryginale. I to była literacka uczta, choć oczywiście literacki francuski jest dla mnie trudny, więc szło dość wolno. Ale Kessel pisze tak dosadnie, tak precyzyjnie, jakby trafiał słowami w sam środek tarczy. "Mermoz" to 400 stron literackiej esencji. 

Sam Mermoz był jednym z pionierskich pilotów w czasach gdy dwupłatowce rozwijały prędkości rzędu 120 kilometrów na godzinę o gdy nawalał silnik (co się zdarzało nagminnie) lądowało się na jakiejś łące czy plaży i wyciągało narzędzia aby naprawić awarię. Saint-Exupery był kolegą Mermoza, latali razem dla pierwszej poczty lotniczej łączącej Francję z Ameryką Południową. Kessel znał Mermoza osobiście.

Na koniec cytat opisujący legendarnego pilota: "Archange glorieux, neurasthenique profond, mystique, resigne, paien eblouissant, amoureux de la vie, incline vers la mort, enfant e sage, tout cela etait vrai chez Mermoz, mais tout cela etait faux si l'on isolati chacun de ces elements. Car ils etaient fondus dans une extraordinaire unite."

Przepiękny!