Showing posts with label fotografia. Show all posts
Showing posts with label fotografia. Show all posts

Tuesday, 25 June 2024

Noc Kupały 2024

Księżyc w pełni świecił z taką intensywnością, że kiedy ocknąłem się z drzemki pomyślałem że to policyjna latarka albo szperacz. No ale źródło światła było od strony pola niedojrzałej jeszcze pszenicy, więc to nie mogła być policja ani kombajn zbożowy. Próbowałem znowu spać ale z kiepskim skutkiem. Zdawałem sobie sprawę z tego, że następnego dnia będę niewyspany, ale tak to już bywa w te najkrótsze noce. 



O piątej było już całkiem jasno. Szyby były pokryte od środka grubą warstwą skondensowanej wody. Taka pradawna, cierpliwa rosa na nowych, nowoczesnych ludzkich wynalazkach. Dwa światy.  





Mgły podnosiły się, stwarzały się, z porannego chłodu i wszechobecnej wilgoci. Niebo jaśniało na wschodzie. Moje pierwsze słowa, wyszeptane w poczuciu nieobecności tych śpiących w ciepłej pościeli, były: "ten poranek zasługuje na sesję fotograficzną".

 


 








Tuesday, 18 June 2024

Duchowość a nauka

Z rekomendacji kolegi po fachu przeczytałem "The Sleepwalkers - A History of Man's Changing Vision of the Universe" Arthura Koestlera. Książka ma swoje lata, bo pierwsze jej wydanie było w 1959 roku. Od tego czasu pewnie trochę się zmieniło w naszej wiedzy o wiekach średnich, ale esencja pozostaje niezmieniona: starożytni Grecy (a dokładnie Arystarch z Samos) w III wieku p.n.e. ukuli pierwszą hipotezę świata heliocentrycznego, która została tak skutecznie wyparta z ludzkiego umysłu że przez następne dwa tysiące lat, aż do Kopernika i Keplera, rzesze "astronomów" wolały marnować życia na obliczaniu epicykle zamiast pomyśleć jak naukowcy. Coś zupełnie nie do pomyślenia teraz, kiedy nauka non stop szuka nowych interpretacji i wiecznie weryfikuje nawet już dość dobrze znane prawa.

Ale prawdę mówiąc co innego przykuło moją uwagę. Koester pisze że Pitagorejczycy, dwieście czy trzysta lat przed Arystarchem, byli pierwszymi, którzy patrzyli na świat przez pryzmat matematyki. "Nobody before the Pythagoreans had thought that mathematical relations held the secret of the universe. Twenty-five centuries later, Europe is still blessed and cursed with their heritage. To non-European civilizations, the idea that numbers are the key to both wisdom and power, seems never to have occurred."

Pitagorejczycy w matematyce widzieli wymarzoną Syntezę, pojedyńczą "teorię" opisującą wszystko. Na dodatek nie była to sucha matematyka, ale religia oferująca tajemnicę stworzenia. "At the highest level katharsis of the soul is achieved by contemplating the essence of all reality, the harmony of forms, the dance of numbers. ‘Pure science’ – a strange expression that we still use – is thus both an intellectual delight and a way to spiritual release; the way to the mystic union between the thoughts of the creature and the spirit of its creator."

Przypominają mi się moje pierwsze fascynacje mechaniką kwantową, kiedy z wypiekami na twarzy czytałem popularnonaukowe książki a dyskretyzacja energii, kontemplacja faktu istnienia orbitali, były przeżyciami duchowymi. Podobnie było parę wykładów na Uniwersytecie, na przykład profesora Staruszkiewicza który przez godzinę, na czterech slajdach pokazywał jak wyliczyć masę elektronu albo Białasa który pokazywał jak istnienie bozonu Higgsa wynika z podstawowych zasad mechaniki kwantowej. Większość życia spędziłem dokonując zupełnie innych, trywialnych i praktycznych obliczeń, ale czy do kościoła chodzi się codziennie czy tylko do święta?

Oczywiście z jakiegoś powodu od prawdziwej Syntezy wymaga się niezmienności, a tego o fizyce nie można powiedzieć, coś tam się wciąż dzieje, stała Hubbla zmienia wartości, wciąż nie wiemy jak wyjaśnić duże obszary obserwacji kosmologicznych. Ale czy na pewno? Fundament, czyli mechanika kwantowa i teorie względności, są niezmienne od 100 lat. Może czas zacząć głosić je w kościołach?

Dziwnym zbiegiem okoliczności tegoroczny festiwal fotografii w Lenzburgu odbywa się pod leitmotivem "Synthesis" i co ciekawe organizatorzy chyba mieli podobne myśli, bo jedna z instalacji zawierała fragmenty antycznych ksiąg filozoficznych czy alchemicznych po cytat Heisenberga. Były też rzeczy "pod publikę" czyli wystawy zdjęć Sony World Photography Awards, które oczywiście dotyczyły ekologii ale przyjemnie je się oglądało. Ale była też wystawa Sabine Hess zatytułowana "You felt the roots grow", która zupełnie zwaliła mnie z nóg. Przypomniała mi że zwykłe trawy można sfotografować w sposób zapierający dech w piersiach. Poza tym aranżacja zdjęć, danie im przestrzeni, to była silne, odwoływało się do niemówionego instynktu piękna. Na dodatek jej proste, poetyckie teksty. Uff, moje niedzielne katharsis, moja niedzielna msza doprawdy święta. Niedużo z wystaw które widziałem w życiu potrafiło dotknąć tej właśnie, właściwej struny duszy.

https://www.sabine-hess.com/11897084-01-you-felt-the-roots-grow#10



Sunday, 24 March 2024

Poranek w Bernie

Dziewięćset lat tradycji dbania o szczegóły, pieniądze na wyśmienitych architektów, mieszanie nowoczesności i tradycji, no i skromnie maskowana koncentracja pieniądza i władzy. Bern, nieformalna stolica Szwajcarii.

Mam szczęście, jest wreszcie prawdziwie wiosenny, słoneczny dzień kiedy muszę w sprawach administracyjnych wybrać się do tego pięknego miasta. Przyjechałem wcześniejszym pociągiem więc mam czas, czas na podziwianie. Ale poranni Berneńczycy, jak zresztą inni szwajcarzy, drałują do swoich zajęć, zapatrzeni w swoje telefony komórkowe. Mimo że nie mieszkam w tym pięknym mieście, to mam nad nimi, w tej właśnie chwili, ogromny awantaż, bo ja w pełni widzę, chłonę piękno dookoła mnie. Oni, przyzwyczajeni do piękna, nie czerpią już z niego przyjemności.

No trochę przesadzam. Mijam kogoś kto z mostu robi zdjęcia ptakom ogromnym teleobiektywem. Potem mijam pośpiewującego, jowialnego faceta. Ten się nie śpieszy, choć garnitur wskazuje że idzie do pracy. Prawie się do niego uśmiecham. 

Jest feeria świateł, oślepień, odbić. Idę wolno, wolniutko, chwytam wszystkie widoki, robię zdjęcia. Mijam jakąś babcię, pchającą wózek z małym dzieckiem. Ona też się nie śpieszy, ogląda się dookoła, docenia rzeczywistość. Nasze spojrzenia się spotykają a w jej oczach widzę pełne zrozumienie. Wymieniamy "Guten morgen". Wloczykije i emeryci na prawde umieja cieszyc sie swiatem.

Szwajcaria to kraj który dawno już przeszedł fazę budowy, kiedy ludzkie konstrukcje - domy, młyny, drogi - dopiero pojawiają się w naturalnym krajobrazie. Potem nastąpiły przebudowy, nadbudowy, upiększanie i dodawanie ficzerów. Ta faza sublimowania miasta czy nawet całego kraju (no może nie całego, na przykład wiele miejsc w kantonie Aargau ewidentnie odstaje od reszty kraju) będzie trwała w dającą się przewidzieć nieskończoność. Ale, w głębokim sensie, ten kraj już jest zbudowany, jest gotowy, rozwinięty. Niewiele więcej można tu zrobić.





Tuesday, 13 February 2024

Jeff Wall

Byłem na wystawie fotografii Jeffa Walla w muzeum fundacji Beyeler.  Retrospektywa prac obejmująca kilka dziesięcioleci twórczości, dodawała trudności i tak już dość trudnym, wielowarstwowym i wielkoformatowym fotografiom. Zmęczyła mnie - z początku - ale długo nie mogłem przestać o niej myśleć. Ta różnorodność... w pewnym sensie brak myśli przewodniej... czy na pewno? Wall to trudny fotograf do rozszyfrowania. Jak można "ustawiać" zdjęcia które wyglądają niemal jak przypadkowe snapshoty? Trzeba się dobrze przypatrzeć żeby zobaczyć manipulację a w niektórych przypadkach do samego końca nie wiadomo czemu taka a nie inna kompozycja została wybrana...

Thursday, 16 November 2023

Liści opad

Listopad. Od trzech tygodni asfalt jest mokry a wody Aare mają brunatny kolor błota i są wyjątkowo rwące. Drzewa straciły już większość liści, ale te które pozostały tworzą niespodziewane kompozycje od których czasami nie można oderwać wzroku. Natura sama z siebie jest wybitnym dalekowschodnim malarzem.   

Wczoraj wieczorem, gdy odwoziłem kolegę po wieczorze poświęconym Milesowi Davisowi (ahh, Sketches of Spain!) potężne porywy wiatru zawiewały płachty deszczu i musiałem mocno skupić się na prowadzeniu auta. Potem w nocy wiał tutejszy halny prosto od Alp. Mówią że taki wiatr przynosi szaleństwo. Tak ponoć było w przypadku van Gogha który cierpiał przez mistral.




Sunday, 5 March 2023

O niemożliwości portretu

 Beata w Beskidzie Żywieckim, 2022
Najczęsciej robię zdjęcia sytuacyjne, to znaczy jestem   gdzieś z dziećmi lub znajomymi, wyciagam X100 albo   ifona i cyk, usiłuję złapać jakieś szczególne światło, gest, perspektywę. Robię masę zdjęć, o wiele za dużo, leniwie ufam temu że ilość przejdzie w jakość i przy odrobinie szczęścia jedno na sto ładnie się komponuje. 

Czasami jednak, dużo rzadziej niż bym chciał, robię portrety bardziej formalne. Do tego zwykle biorę Bronikę albo Canona z dobrym obiektywem, bo formalna sytuacja wymaga sprzętu wyglądającego poważnie (no i oczywiście dla jakości zdjęć). I co ciekawe, te formalne zdjęcia często wychodzą fenomenalnie. O wiele częściej niż fotki sytuacyjne.

Wyjątkiem są portrety tych, których życie jest szczególnie naznaczone trudnościami wewnętrznymi. Ich ciała noszą w sobie nieustanne cierpienie, różnego rodzaju problemy. Aby w ogóle trwać stosują zestawy ćwiczeń, skomplikowane reguły dotyczące posiłków, snu i tak dalej. Znam ich dwoje, takich ludzi o delikatnym istnieniu, wrażliwym na każdy podmuch zmiany, na kroplę oliwy która przpadkiem wpadła do sałatki. Przeglądam portrety które zrobiłem im w przeciągu lat. Jest ich po kilkanaście, ale nie znajduję żadnego z którego byłbym zadowolony. Jakby, mimo najlepszych chęci portretowanych, cierpienie wychodziło z nich i powodowało dysonans na zdjęciach.

Nie rozumiem tego, ale nie poddaję się. Będę jeszcze fotografował.

Wednesday, 23 February 2022

Umysł debiutanta

Przeprowadzałem się o wiele częściej niż statystyczny Europejczyk. Tak często, że czasami mam trochę dość, ale być może bycie nomadem leży w mojej naturze. Praktycznie co weekend gdzieś podróżuję, jakbym nie umiał usiedzieć na miejscu. Mój kolega ukuł niegdyś termin "stasimofobia", którego pierwszy człon pochodzi z od starogreckiego wyrażenia oznaczającego stanie w miejscu. Stasimofobia to taki strach przed stanięciem w miejscu, przed spędzeniem dnia w domu, przed osunięciem się w rutynę. Coś w tym jest, bo zupełnie niedawno, kiedy po burzliwym okresie szukania pracy dostałem długoterminowy kontrakt, poczułem niemalże panikę... Jak to, do emerytury już mam być w jedym miejscu?

Za każdym razem kiedy zaczynamy życie w nowym miejscu, umysł otwiera się i uczy niesamowitej ilości nowych rzeczy. Począwszy od geografii (wczoraj z czystej ciekawości pojechałem do domu inną drogą niż zwykle żeby zobaczyć którędy prowadzi, zweryfikować niewyraźną mentalną mapę lokalnych dróg), poprzez charaktery ludzi, język, ceny w różnych supermarketach, itp, itd.  Zauważam rzeczy których nigdy nie widziałem w poprzednim miejscu zamieszkania: jakie rośliny rosną na skarpie którą mijam po wyjściu z mieszkania, jak pieknie wygląda jakbłonka w sąsiednim domu albo jak piekny jest widok na niedalekie osiedle z pewnego miejsca na drodze do miasta. Jedym słowiem darzę nowe miejsce uwagą która jest potrzeba żeby je poznać. To daje świerzość spojrzenia, wibija z automatyzmu.

Kondycja "bycia debiutantem" stoi w oczywistej opozycji do bycia ekspertem, a jednak niesie ze sobą bardzo ważne jakości. Na przykład w fotografowanie kogoś niedoświadczonego w byciu modelem prowadzi do niespodzianek, do sytuacji nowych, odkrywczych, do zdjęć bardziej 'prawdziwych' bo nie wyćwiczonych. Cartier-Bresson powiedział kiedyś że nie może fotografować aktorów czy polityków bo oni zawsze pozują, znaczy nie da się w portrecie złapać prawdy o nich.

Być ekspertem znaczy kontrolować coś, na przykład, w przypadku aktora, swój wizerunek. Ale każdy wybitny ekspert wie, że istnieje margines błędu którego nie da się opanować. Mistrz skoków narciarskich nie wie, czy uda mu się pobic własny rekord, czy może nawet upadnie przy lądowaniu. Sarah Moon, wybitna paryska fotografka mody, nie wie kiedy zrobi 'to' zdjęcie. Nie umie go sobie nawet wyobrazić! I tylko kiedy nie wiemy, nie kontrolujemy, otwieramy się na cos wiekszego od nas, ponad nami, co byc może paradoksalnie, choć nas przerasta, tkwi w nas i pozwala nam dokonać kroku w przód, dokonać małej lub wiekszej ewolucji.

Medytacja polega na siedzeniu w bezruchu, w odpowiedniej pozycji. Tak ją definjuje Shunryu Suzuki (nie mylić ze słynnym D. T. Suzukim) w swojej książce "Zen Mind, Beginners' Mind". Po kilku identycznych siedzeniach (ta sama godzina, ta sama długość siedzenia), łatwo orientujemy sie że nie są one żadna miarą identyczne. Trzeba tylko  uważnie obserwować co się dzieje z naszym ciałem i umysłem a te podlegają ciągłym zmianom. Każda medytacja to zanurzenie się do innej rzeki, jak u Heraklita.

No i miłość, miłość może byc tylko nieekspercka, niewyćwiczona...

Przypis: opowieści Sary Moon i Henri Cartier-Bressona pochodzą z wyśmienitej serii "Stykówki" wyprodukowanej przez arte.



Thursday, 17 February 2022

Systematyzowanie światła

Jechałem pociągiem załatwić sprawy i niewątpliwie czuć było nadchodzącą wiosnę. W Europie ilość światła słonecznego w lutym jest o całe niebo wieksza niż w grudniu. W słoneczne dni jest to szczególne światło, jakby wyblakłe, pamiętające jeszcze ciężką i ciemną zimę, rozświetlające szyby przybrudzone deszczami. Wydaje mi się że jest to światło charakterystyczne, odróżnialne od innych, co oczywiście jest podstawą do wyodrębnienia go, systematyzacji.

Jako zapalony amator fotografii powinęłem być obznajomionym z wieloma rodzajami światła. Faktycznie, tak z marszu od razu przychodzi mi do głowy na przykład światło południa, które jest tak pełne kontrastu, jakby cała moc świetlna naszej gwiazdy docierała bezpośrednio nad Morze Śródziemne tak zaznaczając miejsca jasne, że cienie mogą być tylko smolitstymi, nieprzeniknionymi plamami w kadrze. Kiedy prierwszy raz mieszkałem na południu nie mogłem sie nadziwić temu słońcu, które jest takie normalne dla tych, którzy na południu się urodzili. Pisałem już o tym kiedyś... ah, to było 20 lat temu! Hm... czyżbym od 20-tu lat mietolił w głowie te same myśli?

No ale już zaczynam snuć plany napisania tomu o typologii różnego rodzaju świateł, o podziałach i hierarchiach barwy, tonu, cieni, odbić, coś na kształt Systema Maturae Linneusza. Cały rozdział poświęcony byłby słynnej złotej godzinie, tuż po zachodzie słońca, kiedy światło dnia zrównuje się jasnością ze sztucznymi światłami miasta, tworząc ten specjalny melanż, jakże fotogeniczny.

Ale czy taka klasyfikacja ma jakąkolwiek wartość obiektywną? Czy faktycznie jest na tyle uniwersalna że warto jej próbować? A może każdy wrażliwy człowiek zrobiłby inną klasyfikację i narzucanie z góry wszystkim tej samej prowadzi tylko do zubożenia percepcji adeptów sztuki widzenia?


 

Sunday, 20 June 2021

Uniwersalizm filozofowania, partykularizm życia

Znalazłem moje własne notatki z roku 2003, notatki z rozmowy z Christophem, samotnym (wtedy, dziś ma żonę i dwójkę dzieci) profesorem fotografii w Arles. Rozmawialiśmy o ogólności i szczególności. Christoph krytykował moją potrzebę i dażenie do uniwersalizmu. Uważał że trzeba wychodzić od partykularyzmu aby dotknąć uniwersalizmu. Mówił że potrzeba uniwersalizmu jest pochodną katolickiego wychowania.

Na przykład nie ma uniwersalnych fotografii, uniwersalnej literatury. Nie ma uniwersalnych kobiet. Każde zdjęcie przedstawia jakąś rzecz, opowiadanie opowiada konkretną historię, jest umieszczone w konkretnym czasie i miejscu. A jednak w jakiś sposób, poprzez te konkretne obiekty czy historie przebijają się prawdy uniwersalne, jakby uniwersalność była ekstraktem zawartym w każdej z rzeczy konkretnych. 

Czy na pewno w każdej? No bo przecież oprócz dobrej literatury jest też ta słaba, oprócz wybitnych zdjęć są też takie średnie, oprócz kobiet wspaniałych z którymi chciaoby sie spędzić życie są też te z którymi jest się bez przekonania. Hm, rzeczywistość nie lubi uogólnień...

Ale po latach szukania, mamy tych kilka ulubionych historii, ulubionych książek, kilku ulubionych fotografów. Po latach szukania, mamy (lub powinniśmy mieć) też jedną kobietę czy jednego mężczyznę którą/którego znamy tak dogłębnie i kochamy tak bardzo że poprzez niego/nią dotykamy wszystkich najważniejszych, najbardziej uniwersalnych aspektów istnienia.



Saturday, 6 February 2021

Taki wieczór choć rano

Raz czy dwa razy do roku dzień budzi się i dojrzewa, ale światło jakby nie nadąża za godzinami, jest przyciemnione, ma dziwny, nieziemski kolor, spektrum przesunięte w niewyjaśniony sposób. Dzisiaj akurat wydaje się nienaturalnie czerwonawe i nienaturalnie rozproszone. Chmury są ciężkie, ale nie stanowią wystarczająego wyjaśnienia zjawiska.  Czas jest zawieszony co współgra ze wspomnieniem Fiorenzy, która rok temu po raz ostation nabrała odrobinę powietrza w płuca i pożegnała się z tym swiatem. 

Taki wieczór choć rano, jak kiedyś napisał Sted.

A tymczasem wszystko wydaje się mieć swoje wyjaśnienie: https://www.20min.ch/fr/story/les-sables-du-sahara-jaunissent-le-ciel-romand-637824474837

Monday, 18 January 2021

Biała transformacja

Często dokonuje się w nocy, ale tym razem zaczęła się po południu. Jest niezlaeżna od nas, nie można jej zaradzić. Zmienia cały świat, przykrywa go białą warstwą puchu, sprawia że samochody jeżdżą wolniej albo lądują w rowach i że okoliczne pagórki stają się miejscem do całodziennych zabaw dzieci.

Dlaczego większość z nas lubi śnieg, skąd bierze się radość patrzenia na tą białą konwersję pejzażu? Czy chodzi o aspekt tylko estetyczny? O zaniknięcie detali, ukrycie brudu, uproszczenie rysunku który przedstawia świat, o swego rodzaju konwersję 'high-key', przypominającą poetyczne chińskie obrazy?  A może chodzi też o dziwną ciszę związaną z białym puchem? Skąd ona się bierze? Przez mniejszą ilość aut na drogach czy może puch ma zdolność wyciszania dźwięków?

Śnieżna zima przywraca wiarę w to, że porządek rzeczy wcale nie jest tak bardzo zachwiany.


Wygenerowane przez DALL-E 3.


Sunday, 20 September 2020

Eli

Pierwszy raz od przeszło roku zrobiłem "prawdziwą" sesję fotograficzną. Modelka ma na imię Eli, ma 21 lat i nie bała się brodzenia w zimnej wodzie górskiego strumienia. Ba, w czasie sesji nawet trochę pokropiło. Ciekawe czy to wyjdzie na zdjęciach? Ale dopiero jak wracaliśmy, koło południa prawie, pojawiły się piękne smugi światła przedzierające się przez gałęzie drzew. Takie, na jakie właściwe liczyłem. No cóż, sesje w naturze są pełne niespodzianek.
    
Eli
    Sesja fotograficzna to nieustanny wysiłek aby złapać coś nieuchwytnego. Tym czymś jest, jak powiedziała Sarah Moon, "prawdziwa fotografia, chwila łaski która niemalże nam umknęła i która, być może, nigdy nie zjawi się ponownie". Na dodatek, jak ktoś nie jest Sarą Moon, to dochodzi problem stwierdzenia czy to, co się uchwyciło i z czego jest się zasadniczo zadowolonym, faktycznie będzie wyglądać dobrze na obrobionym zdjęciu, na komputerze lub na odbitce. Bo może satysfakcja jest chwilowa, satysfakcja nas zwodzi, bo obrazy widzimy w przelocie, nie jesteśmy w stanie oszacować czy są dobrze naświetlone, może głębia ostrości jest niewłaściwa, może za duża przesłona a może za mała, może tego nie przemyślałem...

    Tak, może się okazać że zdjęcia nie wyjdą (albo raczej wyjdą nie do końca, coś tam zawsze ciekawego jest), ale czy to jest ważne? Czy nie jest ważniejsza sama sesja, proces fotografowania? 

    Czyż fotografii nie ma czegoś z niezdrowego nałogu czy może niepowstrzymanego popędu. Wyciągam Bronikę, Eli wygląda przepięknie w jasnym wizjerze, idealny ton jej skóry, gładkość, słońce pieszczące jej ramiona, na chwilę oddaję się temu zupełnie, całkowiecie, proszę oby popatrzyła w dół a potem na mnie tak świeżo, jasno, światło odbija się przenośnym ekranie, w głebi kadru widać rzekę i kamienie, to musi, musi byc idealny kadr, odbiera mi dech w piersiach, potrafię powiedzieć tylko 'tak, tak, dokładnie tak', przez chwilę nic innego nie ma tylko ten kadr, to słońce, misterium tworzenia.

    Po sesji jestem zmęczony podczas gdy ona jedzie na kolejną sesję. Ja nie dałbym rady. Potrzebuję kawy albo czegoś mocniejszego. Siedzę na balkonie, jest 20-ty września i lato zdaje się wreszcie odpuszczać. Zastanawiam się nad związkami fotografii i erotyki. Eli była cały czas w ubraniu, nie dotknąłem jej ani razu, ale czy to całe fotografowanie jest tak zupelnie niewinne? O tym, za jakiś czas.

Sunday, 31 May 2020

Noting, knowing, letting go. Buddyzm a literatura.

Jak długo trwa najkrótsza chwila którą jesteśmy w stanie zauważyć? Najkrótszy moment? Nie chodzi o zdarzenie, które może trwać mikrosekundy ale jego slad pozostaje w zmysłach, jak na przykład błysk pioruna.  Chodzi mi o poczucie tego momentu, o kwant naszego własnego istnienia. O wydech rozłozony na części składowe.  O najkrótszą chwilę część teraźniejszości którą jesteśmy w stanie odróżnić.

Czy to pytanie w ogóle ma sens? Czy podział continuum czasowo-przestrzennego nie jest arbitrarny? Czy ostateczną granicą percepcji jest najkrótszy interwał czasowy, czy to tylko konstrukcja myślowa, wynikająca z logiki a jednak nie mająca nic wspólnego z rzeczywistością, bo nasze umysły, w przeciwieństwie do komputerów, są analogowe?

Badanie najkrótszych kwantów teraźniejszości wymaga skupienia na każdej chwili. Potrzeba aby świadomość ani na chwilę nie dryfowała we wspomienia, plany czy analizy, bo świadomość jest jednocześnie narzędziem do badania rzeczywistości, narzędziem które (niemal) nie może spełniać kilku funkcji na raz. W polu widzenia świadomości, w danym ułamku sekundy może być jedna rzecz. Może dwie...? Ten aspekt świadomości nazywamy uwagą.

Funkcją uwagi jest... zauważanie (noting).  Fundamentalny proces zauważania jest jednak złożony.  Czy zauważamy wszystkie bodźce docierające do naszych zmyslów? Czy słyszymy wszystkie dźwięki które docierają do naszych uszu? Otóż nie, zauważanie zawiera pierwszy filtr, który przepuszcza wgłąb umysłu tylko rzeczy ważne, odstające od normy. Ile razy patrzymy na coś "nie widząc"?  Spojrzenie nie widzące, spojrzenie bez uwagi, to jedno z najczęstszych spojrzeń jakie rzucamy światu.

Ilość bodźców docierających do tego miejsca, gdzie mogą zostać zauważone, jest porażająca. Mamy szanse ogarnąć wszystkie tylko w odosobnieniu. W medytacji zauważanie przypomina radar skanujący bezpośrednią rzeczywistość i przepuszcający (prawie) wszystkie, nawet drobne spostrzeżenia wgłąb umysłu w kolejności ich pojawiania się. Wdech, myśl, zapach, stuk u sąsiadów, koniec wdechu, zdrętwienie nogi, swędzenie w karku, wydech, ciepło w brzuchu, lekkie ukłucie, wydech, wydech, koniec wydechu, energie krążąca w całym ciele... Kilkanaście wrażeń bodźców, doznań na sekundę. Kiedy medytujemy to te wszystkie zdarzenia nie tylko zostają zauważone w sposób bierny i automatyczny ale i dostają się pod reflektor świadomości. A funkcją świadomości jest wiedzieć. 

W medytacji wschodniej wszystko co zauważamy powinno dostawać się do świadomości. Pełnia życia to zycie tu i teraz, bez żadnego automatyzmu, bez odfiltrowywania czegokolwiek. Świadomość ma niesłychanie mało czasu żeby coś z tym ciągiem spostrzeżeń zrobić. Nie może zacząć badać pojedyńczych wrażeń, bo wtedy umkną jej następne, więc jedyne co może to dowiedzieć się o zdarzeniu i przejść do następnego. W ten sposób świadomość ani na chwilę nie zagłębia się w analizę, zawsze pozostaje w bezpośrednim kontakcie z bezpośrednią rzeczywistością.

Literatury (piękna) natomiast wyłapuje co ciekawsze z tych odczuć docierających  do uwagi, wyłapuje szczególnie te najulotniejsze, najmniej oczywiste i bada je. To badanie, porównywanie do czegoś innego, opisywanie, odkrywanie esencja literatury, jej raison d'être.  Literatura sprawia że otwierają nam się oczy na coś, czego doświadczamy a z czego nie zdajemy sobie sprawy. 

I tak między medytacją wschodnią a literaturą jest częściowa animozja. W literaturze, łapiąc rzeczywisość za ogon jednocześnie wychodzimy z niej, przynajmniej na tą chwilę kiedy właśnie odkryliśmy w sobie jakieś nowe odczucie, myśl i z zachwytem i zdziwieniem obracamy je na wszystkie strony podziwiając i ubierając w słowa. Bo w literaturze to właśnie słowa służą odkrywaniu. Medytacja wychodzi poza słowa. Odrzuca każdą próbę opisu czegokolwiek. Chce być jak najbliżej rzeczywistości, przylegać do niej tak blisko, aby pomiędzy uwagą i rzeczywistością nie było żadnej przestrzeni, nawet na słowa.




Sunday, 17 May 2020

Bronika

Fotografowanie moją starą Broniką 6x6 to esencja przyjemności fotograficznej oraz swoisty sposób na uprawianie filozofii obrazu. Zacznijmy od jakości: świat oglądany przez obszerny system optyczny Broniki jest bardziej wyrazisty, plastyczniejszy, w pewnym sensie bardziej rzeczywisty niż świat oglądany naocznie. Ten efekt widziałem w większości aparatów średnio i wielkoformatowych. Ba, niektóre lustra, te niemal nieskazitelne, też potrafią odwzorowywać świat w podobny sposób. Aspekt plastyczny rzeczywisotści zostaje uwypuklony, detale, światła, cienie i odcienie kolorów jakby wychodziły z ukrycia w który wpycha je nasze zwykłe, praktyczne podejście do patrzenia na rzeczy.

Dokładnie odwrotnie dzieje się w aparatach elektronicznych, przeziernikowych czy małoobrazkowych. Oglądany poprzez te urządzenia świat jest płaski i trzeba wiekszej wyobraźni i myślenia aby fotografować. Ten ciekawy fenomen obserwuję od lat ale wciąż nie mam dla niego zupelnie satysfakcjonujacego wyjaśnienia. 

Wreszcie fakt że w aparatach tradycyjnych między okiem a rzeczywistością nie ma niczego nieprzeźroczystego, podczas gdy w aparatach elektronicznych sensor zabija obraz po to aby go zamienić w ciąg elektronicznych impulsów, w plik, który potem jest odtwarzany. W Bronice nie ma tego, nie ma inferfejsu, jest światło od początku do końca to samo, bez przerw. Jest dotykanie rzeczywistości okiem.

Saturday, 21 March 2020

Dojrzenie w przelocie

Wracam do aptekarki i ukrytych spojrzeń jej rzucanych. Logicznie rzecz biorąc w ułamku sekundy możemy zobaczyć niewiele, ale w przypadku homo sapiens to nie do końca jest prawdą. Umysł skonstruowany jest tak, alby dojrzeć esencję rzeczy, podstawowe rysy twarzy, newlargiczne proporcje i kształty. To trochę jak rozmyta fotografia, która także koncentruje się na esencji i pomija detale. 

Spojrzenia, oprócz długości ich trwania, charakteryzują się intensywnością (napięciem uwagi) oraz intencją (patrzymy aby podziwiać, aby się czegoś dowiedzieć, aby przekazać jakaś wiadomość etc.). Spojrzenie w przelocie często cechuje się zwiększonym natężeniem, koncentracją, byciem "tu i teraz". Dlatego czasem, kiedy dwa takie spojrzenia spotkają się, może nastąpić jeden z tych magicznych momentów, kiedy czas się zatrzymuje, a nasze odczuwanie rzeczywistości potęguję się.  Pamiętamy te momenty długo. Znam też przypadki par które w ten sposób opisują chwilę kiedy zakochali się w sobie.

A tymczasem za oknem ptaki śpiewają jak oszalałe, jest wiosna.

Spojrzenie niosące siłę, extramission: https://www.scientificamerican.com/article/when-our-gaze-is-a-physical-force/




Saturday, 7 March 2020

Właściwy stopień rozmycia

W latach mniej więcej od 2000 do 2005 pociągało mnie robienie zdjęć rozmytych w nocy. Były to czasy fotografii analogowej i film reagował na takie trudne warunki inaczej niż dzisiejsze wielomegapixlowe matryce. Technika była prosta: robiło się zdjęcia z ręki, z czasem rzędu sekundy. Oczywiście wszystko było poruszone, ale istnieje taki stopień rozmycia, kiedy kształy mają już trochę abstrakcyjną, pozbawioną nieważnych szczegółów formę a jeszcze nie wpadają w chaos, który wbrew pozorom generuje więcej tych zwodniczych szczegółów.

Kiedy rozmycie jest optymalne, zwykłe przedmioty nabierają swoistej głębi i piękna o które byśmy je nie podejrzewali.  Budynek staje się tajemniczą bryłą o nieznanej konsystencji, okupującą przestrzeń na sposób gemetryczny. Schody z gracją przechodzą do normalności nad swoją powtarzalnością. Spacer po nocnym mieście zamienia się w próby złowienia takich sytuacji. Badanie własciwego stopnia rozmycia było dla mnie jak poszukiwanie optymalnej głębi ostrości w zdjęciach portretowych.


Niektórzy dostrzegali w moich zdjęciach poczucie alienacji, bo prawie nie było na nich ludzi, bo były robione w nocy. Mnie nie przekonuwało to wyjaśnienie, ale też nie mogę powiedzieć abym sam dokładnie rozumiał dlaczego tak wtedy fotografowałem.


W każdym razie była w tych obrazach siła. Pierwszy raz wystwaiłem je na festiwalu fotografii Boutographies w Montpellier. W tym roku festiwal obchodzi 20-tą rocznicę i postanowili zrobić ścianę zdjęć z poprzednich edycji. I poprosili o konkretne zdjęcie - niestety ale wcale nie moje ulubione - w wysokiej rozdzielczości. Znalazłem negatyw, odkurzyłem skaner, zeskanowałem,  poprawiłem kurze i kolowy i wysłałem. Oto ono. Zrobione na klatce schodowej akademika Triolet w północnym Monpellier w styczniu 2003.

PS. Japoński fotograf Hiroshi Sugimoto miał kiedys serię zdjęć budynków wykonanych podobną techniką, nieostrych. Ciekawe że w filmie 'Contacts' mówi o tej nieostrości jako o sposobie na dotarcie do 'pierwszej myśli architekta' który projektował dany budynek.