Stoimy na wysokości ponad 4200 metrów ponad poziomem dalekiego oceanu, którego wielkie fale rozbijają się o kamieniste plaże Limy. Limy która jest tak daleko mimo że na mojej, bardzo ogólnej mapie Andy wydają się przylegać do Pacyfiku. Jestem tu pierwszy raz, więc mapa ogólna jest jedyną jaką dysponuję. W tym kraju nie mam jeszcze poczucia skali, kilometrów. Rzucił mnie tutaj nowoczesny transport odrzutowy. Nagle znalazłem się na tej wysokości, gdzie powietrza jest po prostu mniej i dlatego trzeba oddychać głęboko, trzeba napinać żebra tak, aby złapać deficytowy tlen. Na szczęście, w ramach kompensacji, jest dużo światła, tak dużo jak wody w oceanie, jest dużo kamieni, jest wysoka góra a gdzieś w połowie drogi między nami a słońcem krąży wielki, dobrotliwy kondor. Nad świętą Laguną Humantay jest po prostu dużo piękna.
Przewodnik, 20-letni Willian Abel, wyjaśnia że słowo huma, brzmiąca znajomo dla europejskiego ucha (humanum), oznacza głowę. Tłumaczy że Humantay to głowa bogów. Tak się właśnie nazywa ubrana w lodowce góra wznosząca się stromo za jeziorem. Willian mówi że dla Inków bogowie byli bytami fizycznymi. Byli zwierzętami, jak kondor, puma, czy wąż. A szczególnie góry, góry były, przepraszam, są... góry są bogami. A już szczególnie święte góry, jak Salkantay, który znajduje się kilka kilometrów od Humantay. Tych kilometrów które przejdziemy jutro.
Skoro bogowie nie są abstrakcją a górami które żyją i opiekują się ludźmi to trzeba szanować świat fizyczny, trzeba szanować naturę. Trzeba do nich przychodzić, pielgrzymować, trzeba ich prosić o pozwolenie wejścia w ich podniebne dwory, które nie należą i nigdy nie miały należeć do ludzi.
Tych, będących jednocześnie górami bogów, prosi się o łaski i objawienia. Bierze się trzy liście koki, bezgłośnie wypowiada się intencję i trzymając je przed sobą składa się pokłony w głównych kierunkach świata. W końcu nabożnie chowa się trzy listki pod kupczykami kamieni, takimi mini-kurchanami. Intencje podróżują do centrum Ziemi, do Pachamamy - Matki Ziemi - która dba o nas, i o wszystkie inne żywe istoty i okazuje nam łaskawość.
Jakże jest to fundamentalnie inne od abstrakcyjnego boga judeochrześcijaństwa, boga który nadał ludziom prawo własności świata widzialnego. Tej własności której konsekwencją jest chciwość, dążenie do coraz większej władzy, coraz większej ilości dóbr materialnych. Ale, to trzeba uczciwie przyznać, konsekwencją jest także rozwój nauki i technologii.
Willian wyciąga reklamówkę z liści koki i każe nam wybrać po trzy. Trzy liście, trzy pokłony w stronę świętych gór. Kończy mówić i zapada nagła cisza. Na chwilę cichną głosy innych turystów, ustają powiewy wiatru. Wiem, że to wszystko cichnie w przede wszystkim w mojej głowie, ale cichnie bo nagle znalazłem się w innej rzeczywistości, tej wrażliwej na każde drgnięcie liści na krzakach, na każde tchnienie wiatru.
W tej niespodziewanej ciszy kłanianie się stronom świata wydaje się czymś naturalnym, a nie szamańską fanaberią. Przez chwile istniejemy intensywniej, wyostrzają nam się zmysły i czujemy obecność bogów gór. Oni tu po prostu są. Istnieją poza nauką, poza logiką. Tam na dole są świątynie służące do tego, by ich czcić, ale to tutaj można im złożyć wizytę.
Istnienie tych bogów wydaje się nie mieć prawie żadnych konsekwencji w świecie zewnętrznym. Czy ich dostrzeżemy czy nie, nic się nie zmienia poza lekkim uśmiechem który przez chwilę błądzi po naszych wargach. Zmienia się tylko świat wewnętrzny, bo niewytłumaczalnie odczuwamy ich obecności, spostrzegamy nagły bezruch we wszystkim co jest, bezruch podkreślony spokojnym lotem kondora wiszącego wysoko nad nami, wpół drogi do Słońca.
Ci bogowie są troche jak splątanie kwantowe. Splątanie jest, ale prawie nie ma żadnych bezpośrednich konsekwencji, bo konsekwencje musiałyby być niezgodne ze silniejszymi zasadami, które ustanawia na przykład szczególna teoria względności. Podobnie jest z dostrzeganiem Jungowskich synchroniczności, które na nas wpływają ale nie mogą złamać przyczynowości. Na tym polega codzienna magia, jej piękno i jej ograniczoność.


