Friday, 4 September 2026

Santa Maria 1492

Jadę na lotnisko. Tym razem nie będzie to krótki przeskok przez Alpy, ubrane w dostojne welony chmur i lodowców ani trochę dłuższy przeskok przez płaskie i pracowite Niemcy na bogaty, wibrujący wschód Europy. Nie, szykuje się lot jak z Saint-Exuperego, lot całonocny, a noce są tak długie kiedy samolot ściga się z zachodzącym Słońcem.

Wiec starannie podlewam ogródek który i tak wyschnie przez następne tygodnie, dorzucam coś do miski dla dochodzących kotów, które przecież mają swoje domy i przychodzą do mnie z czystej kociej zachłanności na dodatkowe jedzenie i pieszczoty. Caress. Wychodzę. 

Malutkość i lokalność mojego ogródka rozmywa się natychmiast. Wychodzę w tak zwana przestrzeń publiczną. Najpierw jest nią ulica z szeregiem domów, tych małych światów, takich jak mój. Każdy z nich jest inny, a jednak się powtarzają. Potem jest stacja kolejowa a potem żarty sie kończą. W świecie widzianym z pociągu małe lokalne światy rozmywają się w mgiełkę która zawiera ich niemal niepoliczalną mnogość z której wynurza się obraz rzeczy wspólnych krajowi w którym mieszkam, jak pasma wzgórz, dzielnice miasta i chmury.

Lotniska to wielkie węzły współczesności. Węzły, przez które przetacza się krwioobieg naszej cywilizacji: stalowe kontenery lotnicze Eastern China, samoloty biorące kurs na Nowy Jork, Abu Dhabi, Szanghai, Tokio. Tam, gdzie ludzie są inni, myślą inaczej, widzą inaczej. Zostawiłem za sobą ciche, miniaturowe Wasserschloss, rzeki Limmat i Aare by zanurzyć się w tym globalnym tańcu i stanąć twarzą w twarz z pełnym przekrojem ludzkiego gatunku.

Dziesięć godzin w powietrzu do Punta Cana przynosi niespodziewany, głęboki spokój. Ciało odpowiada siłą — mięśnie ramion bez trudu dźwigają ciężki plecak, a w głowie rozlewa się rzadka gotowość na wszystko, co nieprzewidziane. Pod skrzydłami migocze ocean w miejscu, gdzie w 1492 roku Kolumb „odkrył” ląd — rzecz jasna wyłącznie dla zadufanego w sobie Zachodu, bo tutejsi doskonale wiedzieli o swoim istnieniu. Zbiegiem okoliczności w słuchawkach płynie Vangelis z jego słynnym albumem upamietniającym tamto wydarzenie, a na monitorze nawigacji pojawia się punkt oznaczony "Santa Maria 1492". Myśl ucieka nagle, wiedziona luźnym skojarzeniem, ku dawno minionym dniom spędzonym przy rzymskiej via Santa Maria Goretti.



Karaibski tranzyt okazuje się osobnym spektaklem. Pasażer przesiadkowy to tutaj anomalia, dlatego dostaję osobistego przewodnika. Stacey — dziewczyna o ciemnej skórze, w obcisłym denimie i seledynowej kamizelce seguridad aeropuerto — nie zna niemal słowa po angielsku i porusza się z absolutną, południową flegmą. Co chwilę zatrzymuje się, naradza ze strażnikami, rozmawia przez telefon. Nikt się nie spieszy. Wreszcie mały elektryczny wózek wiezie nas wzdłuż płyty do opustoszałego skrzydła terminala. Przy kontroli zapominam wyjąć z kieszeni ciężkich metalowych kluczy, lecz bramka milczy jak zaklęta — cała ta skrupulatność to tylko uprzejma szopka dla przyjezdnych.

Z zewnątrz uderza lepka, stuprocentowa wilgoć i ten charakterystyczny, organiczny odór tropików, w którym woń butwiejących roślin miesza się z odległym zapachem ścieków. Lotnisko jest na wskroś turystyczne, przykryte daszkami plecionymi z trzciny cukrowej. Kiedy odlatują ostatnie czartery, hale pustoszeją w okamgnieniu, a noc dogania mnie z bezwzględną, równikową szybkością.

Do spóźnionego, sfatygowanego Airbusa A320 wsiada zaledwie garstka ludzi i moge wyciągnąc nogi w poprzek siedzeń. Pięciogodzinny nocny rejs do Limy mija w lekkich turbulencjach. Gdy koła dotykają pasa i z mroku wyłania się mglista linia peruwiańskiego wybrzeża, nagle, bez ostrzeżenia, uderza we mnie tęsknota za kimś, kogo zostawiłem tam, za oceanem. To uczucie ma w sobie jakiś dysonans, bo przecież łatwo jest kochac i tęsknić z bezpiecznego dystansu tysięcy kilometrów. Wychodzę w chłodniejsze powietrze i mijam pierwszych mieszkańców tej ziemi: niskich, przysadzistych, o rysach dawnych Inków, patrzących na ten sam świat zupełnie innymi oczyma.

Wednesday, 5 August 2026

Czwarta fala

Czwarta fala upałów tego lata jakoś nie chce się skończyć. Limmat zamienił się w strumyk, a łąki na górach otaczających Wasserschloss pożółkły zdziwione tym że wyglądają nagle tak jak zbocza Monti Aurunci gdzieś w połowie drogi między Rzymem a Wezuwiuszem. Kiedy z rozbuchanego pieca drogi asfaltowej wjeżdżam w las, którym jeżdżę codziennie, jest tylko lekko chłodniej. Właściwie nadal jest gorąco. Przejeżdżam koło cysterny z której młody człowiek w żółtym kombinezonie podlewa... las! Co za syzyfowa praca. Ale potem myślę że podlewał nieprzypadkowo w okolicy SwissFELa - najnowszego, high-techowego akceleratora elektronów za ileś tam setek milionów. Pewnie stara się w ten sposób nawilżyć krzaki i ściółkę i w ten sposób zredukować ryzyko pożaru. 

Gdzie się schować? Co dziennie wchodzę do rzeki albo jeziora. Jezioro Zurychskie przypomina letnią zupę, jest mokre, ale nie jest chłodne. Wytchnienia trochę daje, bo zawsze dobrze być w miejscu gdzie trochę wieje od Alp. Rzeka jest chłodniejsza, no ale poziom wody niski a dużo ludzi szukających ochłody. Właściwie trzeba czekać aby upały się skończyły. Albo myślec o przeciwieństwach upałów, o zimie która przecież nastąpi. Nastąpi, no nie?

'Moja' maszyna, która obsługuje kilkadziesiąt eksperymentów, też ma zadyszkę. Zupełnie jak elektrownie, system o zużywający 11 MW mocy, potrzebuje chłodzenia. Rzeka Aare, zasilana rzeką Limmat która wypływa z jeziora Zurychskiego,  tego co przypomina zupę, ta rzeka Aare robi się za ciepła. Więc, podobnie jak stają elektrownie, zakłady przemysłowe, musi i stanąć HIPA (High Intensity Proton Accelerator). Zatrzymujemy ją codziennie, tak koło 16, aby odpalić znowu, koło północy. I tak codziennie. Ta sytuacja nie ma precedensu w ciągu ostatnich 50-ciu lat, tyle bowiem lat ma HIPA.




Sunday, 28 June 2026

Kroniki Wasserschloss - lato

26.06.26, a więc niecały tydzień po przesileniu letnim, o godzinie 7 rano kroniki Wasserschlossu odnotowały temperaturę 28 stopni. Niebo nad horyzontem miało tą sprana barwę którą się zna z wypraw do Turcji czy do Indii. 

Po południu temperatura pobiła jakiś kolejny rekord. Nic tylko trzeba było wykąpać się w jeziorze Zurychskim. Woda jest jak ciepława zupa, przynosi jednak jakąś formę ochłody. Trzeba jakoś spędzić czas do wieczora, kiedy będzie znowu odrobinę chłodniej, kiedy da się pomyśleć. Trzeba więc płynąć i patrzeć z pozycji żaby na piękne wille w najróżniejszych stylach, na piękne statki białej flotylli, na zgrabne żaglówki jakimś cudem łapiące kwanty podmuchów wiatru w ten dzień. 

A potem trzeba koniecznie położyć się na plecach, oddychać, czuć pod sobą głębię, potem zamknąć oczy trzeba by poczuć że są rzeczy ważne, może najważniejsze, są bardziej intymne niż jakikolwiek widok. 




Friday, 22 May 2026

Start produkcji, wiosna i rewolucje

Nareszcie nadeszła wiosna, taka pełna wiosna, maj taki jak w najlepszych wspomnieniach. Kiedy się jedzie na rowerze z pracy to się robi duże, coraz większe objazdy. Bo się nie chce z roweru schodzić, tak jest przyjemnie! No i się robi po 30-35 kilometrów dziennie, zamiast zwykłych 15-tu.

Dzisiaj, nareszcie, oddaliśmy maszyny do "produkcji". To oznacza koniec chodzenia do bunkrów wypełnionych świetlówkową poświatą, koniec pośpiechu, stresu, biegania po różnych ludziach których się akurat potrzebuje aby zrobili jakiś kabel, poprawili coś w oprogramowaniu. Będzie chyba troszkę luźniej, więcej analizy danych, patrzenia jak działają nowe systemy, jak na przykład pudełko zwane SoM-CAM, które mierzy prądy z różnych urządzeń, kalkuluje czy nie są za duże i wysyła sygnały ostrzegawcze albo alarmowe.  Z racji tego że i tak już nie możemy prawie nic poprawiać bo bunkry są zamknięte (promieniowanie!) i z racji tego że nie dotyka się działającego systemu, postanowiłem zrobić to co chciałem od dawna i napisałem sobie agenta sztucznej inteligencji żeby pomagał mi w pracy. Ah, pomaga! Przegląda moje notatki, jest w stanie podłączyć się do maszyny i zobaczyć co mierzą różne sensory. Ba, powoli, powoli nawet proponuje jakieś usprawnienia. Działa na moim małym laptopie. Jeszcze parę miesięcy temu te "lokalne" modele AI były o wiele gorsze, no ale żyjemy w czasach rewolucji AI i takie modele jak chiński qwen (używam wersji 3.5) stają się lepsze z miesiąca na miesiąc. Lepiej być otwartym na reassessment i zmianę zdanie.

A propos rewolucji: warto zdać sobie sprawę z tej dotyczącej energii. W ciągu ostatnich kilku lat, gdzieś między Covidem a teraz, ceny ogniw fotowoltaicznych poleciały na łeb na szyję. Chiny produkują je w ogromnej masie i już teraz energia z takiego ogniwa jest kilkadziesiąt razy tańsza niż ta z ropy. Podobnie spadają ceny baterii. Tak wygląda rewolucja: to co było prawdą jeszcze dwa czy trzy lata temu, nie jest prawdą dzisiaj. To wszystko dzieje się niezależnie od malkontentów, wielbicieli diesli, polityków broniących lobby naftowego czy nawet Brukseli promującej dopłaty do elektryków. Elektyfikacja globalnej gospodarki po prostu staje się faktem. Planeta nie ugotuje się pod wpływem nadmiaru dwutlenku węgla. A przynajmniej nie zupełnie.



Tuesday, 12 May 2026

Sułtan i Jung

Przyjeżdża pięcioma czarnymi limuzynami. On i jego prywatny lekarz - w land rowerze, ochrona - czarne garnitury, białe koszule - w mercedesach. Tak leczy się u nas sułtan z jednego z krajów znad niespokojnej ostatnio Zatoki. Dookoła mercedesów chodzą sobie "nasi" inżynierowie, studenci i naukowcy. Nic sobie z tej szopki nie robią, czasami tylko patrzą ze zdziwieniem i zadają sobie pytanie po co to? Któregoś dnia sułtana przywiozła karetka a pięć czarnych aut posłusznie jechało za nią. Eh... Takie zderzenie światów. Sułtan którego wozi pięć samochodów w kraju, którego najwyżsi urzędnicy (Rada Federalna) często są widywani w pociągach albo tramwajach.

Carl Gustav Jung był jednym z twórców nowoczesnej psychologii analitycznej, prawdopodobnie najbardziej wpływowym psychologiem w historii. Większość życia mieszkał w domu nad jeziorem Zurychskim, w domu który wciąż należy do jego potomków ale jest obecnie częściowo udostępniony do zwiedzania. Pojechaliśmy tam, trochę jak do świątyni, bo tam mieszkał twórca koncepcji archetypu, synchroniczności, badacz mistycyzmu i duchowości człowieka. Wydawało mi się że wiele o nim wiem, a tymczasem...

Tymczasem nie wiedziałem że palił fajkę. Palił tak dużo, że w 65 lat po jego śmierci w prywatnej bibliotece, która zawiera około pięciu tysięcy książek, zapach fajki wciąż jeszcze jest wyraźny. Najwyraźniej nasiąknęły nią strony starych tomów. Pięć tysięcy książek przeczytanych, zgłębionych. To dużo, nawet jak na 85 lat życia. Eh ci ludzie starej daty, o mocnej energii życiowej. Churchil też dużo palił a żył jeszcze dłużej, bo 91 lat.

Jung żył wygodnie, nie musial martwic sie o pieniadze. Niczego mu nie brakowało, ale fortuny, przynajmniej początkowo, nie zrobił na psychoanalizie i pisaniu książek, ale na tym że po poślubił córkę bogatego szwajcarskiego przemysłowca. Mieli piątkę dzieci, z których każde miało swoje dzieci... obecnie żyje około dwustu jego potomków.

Co za życie, co za dziedzictwo!

Minęło parę dni a ja wciąż dochodzę do siebie po tej wizycie. Jakieś nieokreślone uczucia.

Tuesday, 17 March 2026

Dużo się dzieje czy na prawdę nie dzieje się nic?

Buddyjska mniszka (ze Szkocji) mówiła o nieskończonym, niezmiennym kole Samsary, kole w którym wszystkie istoty cierpią. Mówiła że to cierpienie pochodzi z wewnątrz, z myśli a przecież myśli są niematerialne, w związku z czym w pewnym sensie nie-rzeczywiste i dlatego cierpienie jest efektem negatywnych myśli i zależy od tylko nas a nie od świata zewnętrznego. A potem powiedziała że myśli potrzebują energii aby zaistnieć. No właśnie! Oto spostrzeżenie, przecież takie proste i oczywiste, którego nigdy wcześniej nie miałem, mimo tego że o myśleniu myślę często. Myśli potrzebują energii, tej jak najbardziej fizycznej, zapewne mierzonej w piko-dżulach, kiedy dotyczą spraw trywialnych, na przykład odpytywania żołądka i jelit co chciałyby na obiad. Kiedy natomiast myśli się o paradoksie EPR albo o równaniu Schrödingera mózg się "gotuje" i potrzebna energia idzie w mikro-dżule. 

Notatka na później: ciekawe ile energii pochłania nie-myślenie o kimś albo o czymś. Mam na myśli intencyjne nie-myślenie.

Ta wypowiedź mniszki mogłaby być przyczynkiem do szerszych rozważań o świecie fizycznym i niefizycznym, o tym na przykład jak intencja ruchu przekształca się w ruch. Ruch ręki aby sięgnąć po kieliszek wina. Ale ostatnio dużo się dzieje w dziedzinie AI, więc późniejsze rozmowy kręciły się w tym temacie.

W AI wydatek energetyczny na myślenie można po prostu zmierzyć.  W tym przypadku mamy do czynienia raczej z kilo-dżulami, więc, pi razy drzwi, pewnie AI jest kilka-kilkadziesiąt tysięcy bardziej energochłonna. Przynajmniej w tej chwili.

Kilka dni później siedziałem na piwie z ludźmi zajmującymi się sztuczną inteligencją w największych firmach IT tej planety. Mimo kosztów energetycznych inferencji, zastępowanie ludzi modelami językowymi w dziedzinie programowania trwa w najlepsze. "Ja przeszedłem gdzieś w grudniu" - dało się słyszeć. "Przeszedłem" oznaczało zupełne odejście od ręcznego programowania na rzecz programowania przy pomocy agentów AI. Oznacza nagłe przyśpieszenie kodowania. Rozwój projektów staje się eksponencjalny. A obecnie wszystko zależy od software. 

To, oraz szaleństwa przywódców świata, sprawia że ludzkość jest w bardzo burzliwym okresie. Taki perfect storm. Czas wielkich zmian na planecie. Byle nas nie pochłonęły.


Tuesday, 3 March 2026

Księżyc w pełni to takie anty-Słońce...

Miałem pisać kod do pewnych symulacji ale... ale księżyc jest w pełni. A księżyc w pełni to takie anty-Słońce. Wschodzi na wschodzie ale o zachodzie (Słońca), zachodzi na zachodzie ale o wschodzie (Słońca) i wędruje po niebie dumnie, wysoko, jak nasza gwiazda. Trzeba wyjść, popatrzyć w rozświetlone księżycem niebo. Nie wiem dlaczego ale kiedy patrzę na intensywną pełnię wydaje mi się że słyszę skwierczenie, jakby jajka na patelni. Cisza, bezruch, to mocne światło i to jakby skwierczenie.

Jak widać na internetowych serwisach niebo na Bliskim Wschodzie wygląda inaczej. Bardziej dynamicznie. Jest rozświetlane dodatkowymi gwiazdami, szybko przemieszczającymi się, wykonującymi niespodziewane zwroty, wybuchającymi tam albo spadającymi na budynki które nikną w kulach ognia. Świat zwariował. 

Wschód i Zachód. Umysł lubi podziały i trzeba lat życiowego doświadczenia aby instynktownie zacząć traktować je z powątpiewaniem i dystansem na jakie zasługują. Dla nas, z Polski drugiej połowy XX wieku, Zachód był antytezą sowieckiej przaśnej ideologii zniewolenia. Był miejscem które rządziło się prawami a nie wolą partii i jej aparatczyków. Był demokracją która, choć niedoskonała, zawsze jest lepsza.

Upadek komunizmu był procesem ale przełomowy był rok 1989. Od tego czasu jesteśmy coraz bardziej Zachodem, coraz mniej Wschodem. Ale coraz bardziej staje się jasne że część Zachodu staje się czymś z czym nie można się identyfikować. To co wyrabiają panowie rządzący z Izraela czy USA nie jest i nigdy nie będzie w moim imieniu. Cyniczna wojna, zaczęta od ataku przeprowadzonego praktycznie w czasie negocjacji? Strzelanie do cywili w Gazie. Nie w moim imieniu.