Thursday, 5 January 2023

Impresje z Dolomitów

Podobnie jak kilkadziesiąt pewnie tysięcy ludzi spragnionych śniegu i szusowania pojechałem na narty w te całe słynne Dolomity. Hm. Czy mnie zachwyciły? Tak się złożyło że mieszkałem długo w okolicach Alp francuskich i w sumie jak chodzi o stoki to dałbym znak równości. Za to widoki są chyba lepsze. Dolomity to piękne góry, szpiczaste, skaliste, niedostępne. 

A poza tym… cóż, co rano sznury aut zmierzające do parkingów pod wyciągami, nieprzyjemny smród spalin mimo norm Euro 5, 6 czy co tam jeszcze, smród papierosów szczególnie dokuczliwy tam, u góry, w krystalicznie czystym górskim powietrzu (i wspomnienie ojca, który był nałogowym palaczem a który uczył mnie jeździć na nartych, wtedy, tyle lat temu, w Szczyrku), tłok w sklepikach i barach i lekkie zdziwienie że obsługa jest wciąż taka niewymuszenie miła dla hord turystów. 

Potem aspekty włoskie. Jakiś idiota wyprzedzający ski-bus na przystanku z przejściem dla pieszych (o włos od wypadku!), niekończące się apero w barze Miro po którym wcale już się nie chce jeść. 

No i ból mięśni oczywiście nie przyzwyczajonych do bycia używanymi cały dzień, napisy po polsku w hotelu, wypasione auta na blachach rumuńskich, dziwne języki zasłyszane na stoku (może Węgrzy?), nagły wiatr rozdmuchujący biały puch i strach ściskający kiszki na pięknej czarnej trasie bo od 3 lat nie regulowałem nart i a co jak się wypną na tym lekko oblodzonym, długim, nachylonym pod kątem 45 stopni stoku?


Na dole prawie nie ma śniegu. Rano ogromna kolejka ludzi do kolejki linowa Buffaure, która szybkostrzelne wysyła sześcioosobowe kabinki w kształcie przypominającym jajka do góry.  Pod kolejką las jest wycięty w długą prostą szramę. Na drzewach resztki śniegu. To i tak dobrze, bo akurat w większości Europejskich gór jest niemal całkiem bezśnieżnie. U góry stoki profesjonalnie przygotowane. Armatki pracowały w nocy. Stada dziatwy podążają za instruktorami. Czy warto uczyć się narciarstwa w dobie ocieplenia klimatycznego?

Gdzieś tam to nie moja para kaloszy te całe Dolomity, no ale wyjeżdża się między innymi po to, aby z ulgą wracać do swoich czterech ścian.

Saturday, 24 December 2022

Najniższy punkt roku

W końcu grudnia my, świat Zachodni, jesteśmy niby pielgrzymujący trzej królowie. Jedziemy pociągami, tłoczymy się na lotniskach, ale większość z nas mknie wypakowanymi autami o zaparkowanych szybach. Często wybieramy noc na czas podróży ale czy to pomaga? Ruch na autostradach i tak jest gęsty i korki tworzą się o czwartej rano, a do świtu jeszcze daleko, bo właśnie minął najkrótszy dzień w roku, minimum. To się jakoś dobrze składa że święta przypadają na ten najniższy punkt rocznego cyklu, akurat kiedy mamy już wszystkiego dość i potrzebujemy odpocząć. 

Autostrady to specyficzna kreacja naszej cywilizacji. Teoretycznie są pochodną dawnych duktów, tak bardzo sformalizowanych przez Rzymian, ale jak wiele innych rzeczy których tknęła się cywilizacja techniczna, dukty wyewoluowały w coś o wiele szybszego i efektywniejszego  i odhumanizowanego. Za młodych lat takie długie podróże ujmowały mnie swoją geograficznością. Czułem krańce kontynentu, nieskończoność Atlantyku, korzenie Alp. Wszystko było nowe, egzotyczne i znane tylko z map i książek i pachniało epoką odkrywców która skończyła się nie tak dawno, bo dopiero wraz z Juliuszem Verne. 

Teraz za to widzę głównie zmęczenie ludzi zamkniętych w metalowych puszkach płynących asfaltową rzeką. Ich samotność, wpatrzenie w monotonność drogi i irytację. Zatrzymuję się na jakimś przypadkowym postoju, zamawiam kawę i wiem że już tu kiedyś byłem.

 

 

Monday, 12 December 2022

Poranek w Rzymie

Raz na jakiś czas jestem w Rzymie w poniedziałek rano i odwożę dzieci do szkoły wypożyczonym samochodem. Traffico jest intensywne, auta stoją na centymetry od siebie. Zimny, po nocy, metal ich karoserii niemal dotyka innego metalu, posuwają się blacha w blachę, tak blisko że oczekuje się na zgrzyt, zwłaszcza że większość aut nosi ślady stłuczek. Ale zgrzyt nie następuje. W ulicznej ciasnocie nawet skutery nie mogą się przecisnąć i coraz odważniej wskakują na pas przeznaczony dla autobusów i taksówek. Ktoś bezsensownie trąbi sfrustrowany korkiem. Jest grudzień i po mglistym, deszczowym weekendzie niebo jest wreszcie czyste i błękitne. Powietrze było dość klarowne, ale teraz stoję za zdezelowaną furgonetką która wypuszcza kłęby dizlowskiego smrodu za nic mając staranie urzędników w Brukseli nakładające coraz wyższe normy emisji spalin. No cóż, może niedługo ten smród będzie tylko wspomnieniem.


Dzieci coś sobie opowiadają. Zaraz wysiądą pod samym Koloseum, a ja wskoczę na via Labicana gdzie, przez moment, ulegnę złudzie że korki się rozładowały, oślepi mnie poranne słońce będące już na wysokości dachów starych kamienic i pomyślę o codzienności mojego dziadka który o tej godzinie szedł z widłami do stajni nałożyć siana krowom i koniom i pogłaskać ich wielkie, parujące ciepłem, dobrotliwe ciała. Zapewne czuł lekką chropowatość drewnianego trzonka, chłód wkradał się mu pod szyję a płuca, wypoczęte i ciepłe po nocy, radowały się  zimnym ale świeżym powietrzem i zapachem śniegu.  

Sunday, 27 November 2022

Trzy nadzwyczajne kobiety

Z perspektywy myślę że poznałem w życiu wielu nadzwyczajnych ludzi. Jestem za to wdzięczny losowi i zastanawiam się czy jest to coś szczególnego, czy też podobną opinie wygłosiłoby wielu ludzi. 

Tym razem chciałem tylko krótko napisać o trzech kobietach które w tym roku skończyły po 40 lat. Zacznę od najbardziej kontrowersyjnej. Kiedy ją poznałem 20 lat temu była lesbijką i mieszkała ze swoją partnerką. Potem odkryła że lubi obie płcie, że fascynuję ją energia seksualna przepływająca między ludźmi. Zajmowała się tańcem współczesnym, pozowała nago malarzom i fotografom. Ma syna z hinduskim artystą którego poznała kiedy wyjechała studiować tantrę do Indii. Ostatnio skończyła budować dom w komunie na południu Francji. Aha, no i jej ciało jest pełne kobiecości i energii witalnej.

Obraz wygenerowany przez DALL-E 3.
Dla drugiej z tych kobiet życie jest dość trudną batalią. Oczywiście każdy z nas toczy swoje batalie, ale ona, w wyniku traumy za którą odpowiadają rodzice ma najróżniejsze problemy z ciałem i z psychiką. Powtarzające się depresje, nieudane związki, problemy trawienne spawiały że konstruuje swoją codzienność uważnie, z elementów zapewniających jej odpowiednią ilość wegańskiego jedzenia, kontaktów społecznych oraz stymulacji intelektualnej i duchowej. W pracy jest odnoszącym sukcesy inżynierem, potrafi też niesamowicie pięknie malować i jest to doceniane przez galerie sztuki. Jej ciało jest ciałem ascety. Ze względu na swoje problemy nigdy nie planowała mieć dzieci, ale jest wspaniałą ciocią.

Trzecia z moich 40-letnich znajomych jest marzycielką, ale twardo stąpa po ziemi. Żyje sama w pięknym domu na zboczu góry, o który zawsze bardzo dba i chyba darzy go uczuciem skoro jest gotowa wiele dla niego poświęcić. Jej pasją jest lotnictwo i właśnie kończy robić licencję pilota. W sumie czuję że mało ją znam więc mam najmniej do powiedzenia. Spotykamy się czasem, pijemy kawę o opowiadamy sobie fragmenty życia, ale jakbyśmy pomijali sprawy istotne. Może dlatego że napędzają nas zupełnie różne siły.


Thursday, 17 November 2022

Dewaluacja twórczości

Brodski twierdził że poezja nie powinna byc sprzedawana tanio, bo płacenie wysokiej ceny za coś to objaw wartości jaką ta rzecz ma, lub powinna mieć, dla odbiorców, dla społeczeństwa. Ale żyjemy w czasach w których wszystkiego co ludzkie (znaczy związane jakoś z homo sapiens) jest dużo. Dużo jest samochodów, ludzi, domów, fabryk, śmieci ale także owoców czystej twórczości. Na przykład teorii fizycznych mówiących o tym jak funkcjonuje świat są setki jak nie tysiące. Tak samo mamy tysiące dobrych książek, niesamowitych filmów, zdjęć mających w sobie "to coś" albo piosenek. Że już nie wspomnę o klipach muzycznych, wykładach czy po prostu historiach opowiadanych na youtubie. Ilość twórców ogromnie wzrosła, ilość dostępnych dzieł rośnie z każdym rokiem istnienie ludzkości a ilość odbiorców nie. Mimo ogromnej, internetowej dostępności produktów twórczości coraz częściej twórca może nie znaleźć nikogo, kto go przeczyta, obejrzy, wysłucha. To już nie jest kwestia tego, że twórcy zostają szybko zapomnieni. Oni po prostu nie zdążą zaistnieć.

Wygenerowane przez DALL-E 3.




Wednesday, 16 November 2022

Park upadłych

Parco dei Cadutti leży na obrzeżu dzielnicy San Lorenzo w Rzymie, zaraz przy via Tiburtina, wychodzącej z centrum świata na północny wschód a wytyczonej pierwszy raz około 2300 lat temu. Zaraz obok dzielnicy znajduje się centralna rzymska stacja kolejowa Termini. W lipcu 1943 roku amerykanie zbombardowali San Lorenzo, bo chcieli zniszczyć węzeł  kolejowy służący między innymi do zaopatrywania nazistowskiej armii. Bomby trafiły w wiele budynków mieszkalnych. Szacuje się że zginęło około 1500 osób. Dokładna nazwa Parco dei Caduti to Park upadłych 19 lipca 1943 i oczywiście odnosi sie do pamiętnego bombardowania.

Odwiedzam ten park za każdym razem jak jestem w Rzymie. Tym razem miałem czas dla siebie więc zaszyłem się przy stoliku w kącie, za drewniamym kioskiem który zawiera niewielki bar. Otworzyłem dzieło Sabiny Hossenfelder opowiadającą o opłakanym stanie współczesnej fizyki teoretycznej i usiłowałem się skupić. Specjalnie wybrałem ten stolik, aby schować się nie tylko przed którymś ze znajomych ale przede wszystkim przed bogactwem zdarzeń wypełniających tą przestrzeń.

Park upadłych przypomina stare obrazy pokazujące codzienne życie w średniowieczu. Typowo na takim obrazie w jednym kącie jakieś małe dziecko brodzi w kałuży, mały kundelek wskakuje i zeskakuje z ławki, inny pies obwąchuje drzewo machając ogonem, na zjeżdżalni cała grupa maluchów testuje nowe sposoby zjeźdżania (na przykład głową w dół) bardziej w tle dziewczyna w sari żywiołowo huśta się na jednej z huśtawek podczas gdy na drugiej dwie dziewczynki próbuja akrobacji i skakania w dal. W lewym dolnym rogu widzę krępego czterdziestooparolatka w niechlujnej paramilitarnej kurtce i z okazałą brodą skupionego na ekranie eleganckiego maka stojącego a za nim, w tle, starsusza z chodzikiem prowadzona jest powoli przez młodą dziewczynę z niemowlakiem na ręku. W głębi, pod drzewami, na niewielkim boisku grupa chłopaków kopie piłkę, na ławkach obok siedzą trzy kobiety w tradycyjnych muzułmańskich strojach pilnując swoję pociechi i rozmawiając w swoim egzotycznym języku.

Tyle się dzieje, tyle jest gestów, fizjonomii. Cały świat jest tutaj, skoncentrowany, zabiegany, zajętymi swoimi problemami ale współżyjący ze sobą, pomagający sobie, starający się nawzajem zrozumieć. Chłopak który przynosi mi mi piwo, jest czarny jak afrykanin ale ma rysy twarzy trochę jakby hinduskie. Nawet nie próbuję zgadnąć skąd jest. Zresztą czy on wie? Czy ja wiem skąd jestem? 

Przy stoliku obok siadają dwie dziewczyny. Mówią po włosku, piją jakieś dziwne drinki. Patrzę na nie kątem i wtedy w oko wpada mi czarna tablica, zawieszona na płocie za ich stolikiem, na której ktoś wypisał równania Modelu Standardowego. Oczywiście, przecież zupełnie niedaleko jest la Sapienza, jeden z najlepszych włoskich uniwersytetów. Zadumany nad zadziwiającym zbiegem okoliczności (przecież czytam właśnie książkę o współczesnej fizyce), dostrzegam też napis w zupełnie znanym mi języku. To ktoś z mojego kraju popisał się własnym chamstwem. Gdzie te czasy gdy otwierała się przed nami Europa i tysiące które wyruszyły aby zobaczyć jak jest gdzie indziej zostawiały napisy w stylu "Tu byłem Tony Halik"?

Zaa kiosku zagląda Manuela i dostrzega mnie. Zostaję odkryty. Przysiada się, więc zamykam książkę i gadamy o wszystkim a szczególnie o dzieciach. Dziewczynki bawią się razem gdzieś w odległym rogu parku. Właśnie poszły do różnych gimnazjów i mają sobie tak wiele do opowiedzenia. W końcu Manuela wyciąga mnie do innego stolika, z drugiej strony kiosku, gdzie siedzi już cała ferajna rodziców i rozmawia o wszystkim. Chłopak przynoszący alkohole jakoś daje radę pamiętać kto co zamówił. Tematy są różne, od nowej ekonomii która musi być odpowiedzią na kryzys klimatyczny po kłopoty żołądkowe po wczorajszym jedzeniu w jednej restauracji. Zapada zmrok. Trudno uwierzyć że zaledwie kilometr dalej tabuny turystów od rana próbują rozdeptać Koloseum. Czas iść do domu. Wiem, czemu tu nie mieszkam, ale czasami zastanawiam się czy nie byłbym szczęśliwy właśnie tu, gdzie kwitnie akradyjskie życie mimo ulicznego brudu, rozpadających się ulic i domów.

Następnego ranka, gdy wychodzę na pociąg, niewielka załoga przedsiębiorstwa oczyszczania myje miasto ciśnieniową myjką.




Wednesday, 9 November 2022

Fotony i my

Kosmos wypełniony jest promieniowaniem tła, które zrodziło się około 380 tysięcy lat po Wielkim Wybuchu. Wszystko wtedy było jeszcze gorącą plazmą, gorącym gazem, nie istniała żadne galaktyki ani gwiazdy. To promieniowanie, wtedy ogromnie gorące, teraz ma temperaturę -271 stopni Celsjusza (dokłanie to 2.75 K), co odpowiada falom radiowym o częstotliwości rzędu 150-300 GHz i długości fali rzędu 1-2 mm. Znakomita wiekszość tych fal rozprzestrzenia się w kosmosie od miliardów lat nie oddziaływując z niczym, bo Kosmos jest wielką pustką. To najstarsze światło we Wszechświecie  jest wszędzie, nawet w obszarach tak zwanej wielkiej pustki, gdzie gęstość atomów materii międzygwiezdnej maleje do pojedyńczych sztuk na metr sześcienny. Ilość fotonów promieniowania reliktowego tysiące razy przewyższa ilość cząstek materii. W każdym metrze przestrzeni kosmiczej jest przeszło 400 milionów fotonów reliktowych.


 

Duża część tego kosmicznego szumu dociera na Ziemię. Atmosfera jest generalnie dość przeźroczysta dla mikrofal o tej długości, dlatego też zresztą zostały one odkryte, kiedy Penzias i Wilson nie mogli dojść do porządku z szumem który słyszeli w swojej antenie. 

Na powierzchnię Ziemi dociera około 2 mikrowatów promiowania reliktowego na każdy metr kwadratowy. To bardzo niewiele. W ciągu dnia Słońce daje Ziemi przeszło kilowat światła na każdy metr kwadratowy. Oczywiście jest to zupełnie inne światło, ma temperaturę około 5500 stopni Celsjusza, co odpowiada częstotliwości rzędu 320 THz i długości fali 527 nm.

Od kiedy ludzkość zaczęła przesiadywać przy ogniskach wystawiła się na dodatkowe źródło fotonów. Typowe ognisko ma temperaturę rzędu 900 stopni Celsjusza, co odpowiada częstotliwości 74 THz i dugości fali rzędu 2 mikrometrów. To już zaczyna być blisko rozmiarów ludzkich komórek. Co ciekawe siedząc blisko ogniska łatwo odczuć że jest ono znacznie gorętsze niż Słońce. Samo ognisko posiada stosunkowo niewielką moc, ale kiedy się siedzi blisko, można się wystawiać na intensywność rzędu kilku kilowatów na metr kwadratowy. W chłodną jesienną noc twarz 'płonie' a plecy marzną.

Dla porównania typowy router Wifi emituje promieniowanie o częstotliwości 2.4 GHz, co odpowiada temperaturze 40 milikelvinów i długości fali rzędu 7 cm.  Całkowita moc promieniwania routera to około 0.1 W,  co oznacza że stojąc metr od niego doświadczamy około strumienia promieniowania rzędu 20 miliwatów na metr kwadratowy. Jest to 10000 razy więcej niż moc promieniowania reliktowego które jest z nami na każdym spacerze i 50000 razy mniej niż to, co dostajemy od Słońca w pogodny, letni dzień. Ognisko naraża nas na strumień promieniowania około pół miliona razy mocniejszy niż router Wifi.

Nie piszę tego aby zdyskredytować tych wszystkich których boli głowa albo nie mogą spać gdy Wifi jest załączone. Oczywiście że sprawa jest o wiele bardziej skomplikowana niż te proste wyliczenia a nasze ciała nie były nigdy narażone na tak duże strumienie fal centymetrowych czy milimetrowych. Ale powyższe zestawienie dość jasno wskazuje że nie ma oczywistych powodów aby bać się Wifi czy telefonów komórkowych, bo od zarania historii kąpiemy się w morzu fal elektromagnetycznych o mniejszych lub większych częstotliwościach. Co więcej, od kiedy mieszkamy w domach, nasze skspozycja na Słońce zmniejszyła się o rzędy wielkości których w najdrobniejszym nawet stopniu nie rekompensują technologie bezprzewodowe. Najprawdopodobniej więcej sportu i przebywania na świeżym powietrzu przynosi wieokrotnie więcej pożytku niż unikanie Wifi, bo router emituje mniej promieniowania niż świeczka którą sobie zapalamy wieczorami.