Showing posts with label podróże. Show all posts
Showing posts with label podróże. Show all posts

Wednesday, 11 June 2025

Taipei

Wilgotność powietrza jest po prostu 100% i woda osiada na wszystkim. Wielkie szyby ulicznych biznesów są zaparowane zupełnie jak okienka góralskiej knajpy w srogą zimę. A przecież jest 30 stopni. Uff. Ubrania też wydają się lekko wilgotne. I pościel. 

Południowo wschodnia Azja, tropiki. Większość ludzkości mieszka w tropikach lub subtropikach. My na północy wyobrażamy sobie że mają całoroczne, słoneczne wakacje, ale to trudny do życia klimat. Upał męczy, wilgotność sprawie że ciężko się oddycha. Na szczęście, zupełnie inaczej niż w nasze lato, zmrok zapada o 18:30 a noc jest długa. Życie na wypalonych słońcem ulicach budzi się wieczorem. Słynne nocne markety to nie fanaberia ale konieczność.

W Taipei przy głównej stacji jest też coś w rodzaju podziemnego nocnego marketu. Ogromna przestrzeń, kilometry rozległych korytarzy, zdaje się całkiem głęboko pod ziemią. Tutaj nie dociera słońce. Podziemny klimat jest łagodny i bezdeszczowy. Dlatego tysiące ludzi spędzają tu masę czasu. Tu i w innych klimatyzowanych supermarketach, ale będąc w tym podziemnym konglomeracie trudno oprzeć się myśli że może on pomieścić dziesiątki tysięcy ludzi w razie...

Tajwańczycy są ogromnie sympatyczni. Drugiego dnia wybrałem się podziwiać panoramę stolicy z pobliskiego Elephant Rock. Wieczorami przychodzi tam dużo ludzi, turystów ale i lokalsów. Imponujące centrum miasta zaczyna się zaledwie kilkaset metrów od skały. Żeby spojrzeć na szczyt największego wieżowca zwanego Taipei 101 wciąż trzeba leciutko podnieść głowę. Słychać ciche rozmowy, ludzie robią zdjęcia.

Idąc tam zgubiłem się trochę i spytałem o drogę tajwańską dziewczynę która też nie była pewne ale spytała starszego mężczyznę i ten okazał się znawcą ścieżek (tak na prawdę to są wyłożone betonowymi płytami chodniki) i co więcej poszedł z nami. Tak nam się fajnie rozmawiało że poszliśmy potem na jeden z pobliskich nocnych marketów coś przekąsić. On pokazywał swoje zdjęcia i muszę przyznać że były piękne, dopracowane, miały swoistą estetykę. Tu jest link do jego konta na instagramie. Ona to dentystka mieszkająca w Nowym Taipei. Miała dzień wolny od pracy i zdecydowała odwiedzić te okolice w których kiedyś mieszkała. Ich angielski nie był biegły ale zupełnie wystarczał do pogadania.

Dowiedziałem się że owszem, obawiają się chińskiej inwazji. Co więcej, znacząca cześć populacji chciałaby przyłączenia kraju do "mainland China" i to nie z powodów politycznych ale po prostu uważają że są jednym krajem. Ta cześć rozmowy była dość delikatna bo przecież moi rozmówcy nie znali się i nie wiedzieli jakie są ich poglądy. Ale oboje byli przekonani o nieuchronności inwazji. Zresztą na wielu domach są tabliczki z napisem "Air Defense Shelter". 

Jedliśmy te dziwne potrawy. Mężczyzna pokazywał zdjęcia i wysłał mi rekomendacje do kilku restauracji. W końcu musiał iść. Wtedy dziewczyna trochę się bardziej otworzyła. Opowiadała o społecznej presji na zarabianie pieniędzy i zakładanie rodziny. Choć na Tajwanie, jak w całym nowoczesnym świecie, rodzi się coraz mniej dzieci. Oboje uważali że Tajwan jest bardzo bezpieczny, nikt nie kradnie, nie oszukuje. Nie mieli takiego samego zdania o Europie. Trudno nie przyznać im racji, choć zaznaczałem oczywiście że i a Europie są kraje całkiem bezpieczne jak Szwajcaria i Polska, i te gdzie łatwiej można stracić dobra osobiste, jak Włochy, gdzie dwa na przestrzeni roku razy włamano mi się do auta.

Przegadaliśmy tak ze dwie godziny. Nie pozwoliła za siebie zapłacić. Wsiedliśmy do metra, ja jechałem tylko dwie stacje i więcej się nie zobaczyliśmy. Ciekawe jak można spotkać zupełnie obcą osobę, porozmawiać o ważnych sprawach i pożegnać się ot tak. Kiedyś zdarzała się to częściej.

Nie byłem turystą. Przyjechał na dużą konferencję, tak z tysiąc ludzi. Całkiem sporo z nich znałem, niektórzy byli swego czasu moimi przyjaciółmi, zanim po raz kolejny nie zmieniłem miejsca pracy. Nie będę opowiadał o technicznych nowinkach zahaczających zresztą o swego rodzaju "pełzającą rewolucję" w dziedzinie akceleratorów cząstek. Opowiem tylko o dwu rozmowach: z Amerykaninem i z Rosjaninem.

Amerykanie są skonfundowani. Trump faktycznie tnie finansowanie nauki i czują to, choć w Stanach duża część środków jest prywatnych a nie federalnych. Młodzi doktoranci kilka razy pytali mnie o możliwości postdoków w Europie. Managerowie zastanawiali się nad tym, jak rząd federalny zamierza "zastępować" ludzi sztuczną inteligencją. Dla nas to wciąż brzmi jak science-fiction, w moim labie administracja wciąż traktuje AI jako dziwaczną ciekawostkę, podczas gdy w świecie trwa rewolucja.

Mój znajomy Rosjanin, którego nie widziałem od roku 2020, wyściskał mnie kilka razy. Potem, na bankiecie i przy winie opowiedział o problemach żony ze znalezieniem pracy w Niemczech, mimo że miała już niemieckie obywatelstwo i o tym jak niemalże nie zobaczył umierającej matki z powodu problemów jakie mają teraz mieszkający za granicą Rosjanie którzy chcą odwiedzić kraj. "Matka nigdy nie spotkała mojej młodszej córki!". Opowiadał o jechaniu przez Polskę, zostawiani auta gdzieś na parkingu w Gdańsku po to żeby pojechać autobusem do Kaliningradu, o wielogodzinnym czekaniu na granicy. Znam to, pamiętam jeszcze komunistyczne czasy PRLu. Teraz to wraca, wraca "pierdolony ponury cień Rosji, który zdycha ale ma ostatnią nadzieję że pociągnie za sobą innych", wraca pod postacią "leningradzkiego gopnika z odstającymi uszami, którego lali na podwórku, bo był zdechlakowaty, i dlatego poszedł do KGB". Tak mi się cytuje kwiecistą prozę niedawno przeczytanego Stasiuka. 

A i sam piękny i nowoczesny Taiwan jest owocem najazdów i wojen. Rdzenna ludność, aborygeni, zostali niemalże zupełnie wyparci przez napływowych chińczyków. I to wcale nie tak dawno temu, bo zaledwie niecałe 400 lat temu. Dzisiaj aborygeni stanowią jakieś 2% populacji a wyspa jest całkowicie "zsinizowana" (istnieje takie słowo?). To powinno dać do myślenia tym, którzy myślą że tylko biały zachodni człowiek swoją cywilizacyjną ekspansją wykończył inne, pacyfistyczne kultury na tej planecie. Sprawy nie są takie proste.

Wracam do Europy po dziesięciu dniach. Lecę przez Hong Kong. Lot z Hong Kongu do Zurichu trwa niemalże 13 godzin. Trajektoria jest dziwna. Wygląda na to że został jeden wąski korytarz którym samoloty przeciskają się między Ukrainą a Turcją. Szybkie spojrzenie przez okno, które każą trzymać szczelnie zasłonięte roletą, pozwala zobaczyć inne samoloty lecące tą samą trasą. Jedna z tych obojętnych niby obserwacji które jednak budzą grozę.





Tuesday, 25 June 2024

Noc Kupały 2024

Księżyc w pełni świecił z taką intensywnością, że kiedy ocknąłem się z drzemki pomyślałem że to policyjna latarka albo szperacz. No ale źródło światła było od strony pola niedojrzałej jeszcze pszenicy, więc to nie mogła być policja ani kombajn zbożowy. Próbowałem znowu spać ale z kiepskim skutkiem. Zdawałem sobie sprawę z tego, że następnego dnia będę niewyspany, ale tak to już bywa w te najkrótsze noce. 



O piątej było już całkiem jasno. Szyby były pokryte od środka grubą warstwą skondensowanej wody. Taka pradawna, cierpliwa rosa na nowych, nowoczesnych ludzkich wynalazkach. Dwa światy.  





Mgły podnosiły się, stwarzały się, z porannego chłodu i wszechobecnej wilgoci. Niebo jaśniało na wschodzie. Moje pierwsze słowa, wyszeptane w poczuciu nieobecności tych śpiących w ciepłej pościeli, były: "ten poranek zasługuje na sesję fotograficzną".

 


 








Thursday, 4 May 2023

Francja prowincjonalna

Autostrady, zwłaszcza te płatne, mają coś z więzienia. Są starannie obudowana dyskretną metalową siatką, która co prawda jest głównie przeszkodą dla dzików i saren, ale niby więzienne kraty utrudnia potencjalne wyjście. Podobnie sam fakt że wyjazdy są rozmieszczone rzadko no i to, że aby wyjechać trzeba przejść procedurę opłaty. Do tego nie można się zatrzymywać w dowolnie wybranym miejscu, na przykład gdy się zobaczy piękny krajobraz. Trzeba nadal pędzić czekając na oficjalny parking, a przecież piękno krajobrazu zmienia się tak szybko przy 130-tu kilometrach na godzinę. No i nie można zawrócić. Właściwie to można jedynie jechać, z punktu A do punktu B, kląć w duchu ból zastałych pleców i w tym autostrady są dobre. Ale dzieje się to kosztem ograniczenia wolności, co jest tym bardziej paradoksalne że samochód jest przecież tej wolności alegorią.

Z tych też powodów, gdy wczoraj skończyłem pracę w Besancon, miasteczku w którym byłem pierwszy raz w życiu, wbiłem w google maps trasę prowadzącą przez najmniejsze drogi francuskiej Jury. Nie pożałowałem. Ale najpierw zatrzymałem się jeszcze w jedym z tych ogromnych Intermarche czy Carrefour, które na francuskiej prowincji przypominają podupadające i niedofinansowane instytucje publiczne. Te budynki powstały większości pewnie ze 30 czy 40 lat temu w czasie kiedy to Francja przeżywała boom na supermarkety który, zupełnie jak wszędzie indziej, doprowadził do likwidacji tysięcy małych sklepików. Nie wiem czy projektanci tych budynków wierzyli w tymczasowość zjawiska, ale obecnie wiele francuskich 'grande surface' jest w częściowym remoncie. Całe sekcje ogromnych hal są wyłączone z eksploatacji, otoczone nieprzeźroczystą siatką. Robotnicy muszą pracować w godzinach zamknięcia dla klientów, ale ślady ich działalności wywołują wrażenie dekadencji i rozpadu. Te miejsca nie mają komercyjnego blichtru, są jak małżonkowie, którzy po ślubie nie muszą się już starać. No i ten smród. Francuskie supermarkety w większości śmierdzą.  Nie wiem skąd się to bierze, ale spacerując między alejkami ma się wrażenie że niewidzialni manadżerowie nienawidzą tego jedzenia które sprzedają klientom. Gdyby nie to że prawie wszystko jest szczelnie i hermetycznie zapakowane w fabrykach (o rany, a co jeśli fabryki śmierdzą jeszcze gorzej?)  to wychodziłoby się nie kupując nic. Na prowincji Francja nie jest już królową stylu, nie jest królową menue. Na prowincji Francja jest podupadła.

Ruszam w moją nieautostradową drogę. Czemu tak wiele francuskich miejscowości ma złożone nazwy? Mijam Baume-les-Dames, Hyevre-Magny, wreszcie Pays-de-Clerval. To są wszytko miejscowości nad kanałem Ren-Rodan, w środku pagórków i skał Jury. W ten majowy dzień wypełniony zielenią w środku wiosennej eksplozji życia, która dotąd umykała uwadze ze względu na codzienne ulewy które trzymały nas/mnie z dala od natury. Jadę powoli, zatrzymuję się, podziwiam malowniczość doliny Doubs w której, oprócz rzeki Doubs, Napoleno zbudował kanał żeglowny, element ogromnego systemu wodnego pozwalającego wozić towary z morza północnego na śródziemne. Obecie jest to tylko atrakcja turystyczna. Jak to jest że tylko Niemcy wykorzystują jeszcze, i to intensywnie, żeglugę śródlądową do przewozu towarów?

Zapada zmierzch. Mimo tysięcy satelitów latających nad głową trochę błądzę na wąskich, zagubionych w lesie, często stromych drogach wybitych pomiędzy skałami. W końcu wjeżdżam z tej prowincji do kraju, którego niewielkość pokryta jest lukrem komfortu, zaludnienia i większego ucywilizowania przestrzeni. Szwajcaria. Zaraz za przejściem da się czuć różnicę. Jest już noc, widoki skondensowały się w ciemność tym bardziej nieprzeniknioną im bardziej reflektory rozświetlają te kilkadziesią metrów asfaltu. Jest późno więc szybko wskakuję na autostradę aby zdążyć się wyspać przed następnym dniem w pracy.

Sunday, 30 April 2023

Włóczęgi

Wczoraj w pracy miała miejsce modyfikacją systemu który służy do leczenia ciężko chorych ludzi i miałem mieć pracowity weekend, ale pomiary zrobiliśmy już w piątek a w sobotę była taka piękna pogoda! Co sprawia że pogoda jest piękna? Owszem słońce, ale słońce przebijające się przez chmury, wilgotność atmosfery, bliskość deszczu... Prosty słoneczny dzień taki jak na plaży nad Morzem Śródziemnym jest płaski i nieciekawy. Wizualnie najpiękniejszy jest świat w takie dni jak wczoraj, kiedy taki prawie-majowy dzień wyłamuje się wreszcie z okowów zalanego deszczem kwietnia (rany, ile razy przemokłem tego kwietnia!). Już Hundretwasser mówił o tym o ile więcej kolorów ma świat na północ od Alp. Jakoś teraz nie mogę znaleźć tego cytatu.


I złożyło się tak że powinęłem był pojechać w ten weekend do przyjaciół, aczkolwiek okazało się że odwołali w ostatnim momencie (ach te choroby) ale i tak wsiadłem do auta i pojechałem nieśpiesznie poprzez szwajcarską jurę, poprzez park Thul. 

"Wydarzyła mi uspokojenie ta chwila

i kamień odwalić od tajemnic

i kamień odwalony ucałować

i zajrzeć w jaskinie moje tajemnice"

- pisał Stachura, ten, który za moich czasów był tak pośmiernie żywy jak teraz wydaje się zupełnie zapomniany (znaczy nie znam nikogo kto go zna, ale może nie znam właściwych ludzi).

A więc włóczęga. Spędziłem młodość hołubiąc ten rodzaj życia. Nie, nie byłem włóczęgą (może niestety), ale wyruszałem od czasu do czasu na parę dni lub tygodni w świat tylko po to aby zobaczyć jaki on jest to i tam. W jego różnych inkarnacjach, w różnych miejscach i o różnych porach dnia. Miałem nawet swoją nazwę na tego rodzaju wyprawy: ticearac. Gdzieś kiedyś w tamtych czasach przeczytałem że ticerac w jakimś języku oznacza właśnie taką włóczęgę. Próbowałem teraz znaleźć potwierdzenie w sieci ale nie ma... więc może coś mi się pomyliło? A może są rzeczy które nie zdążyły znaleźć się w sieci i zostały zapomniane?

Jechałem a dookoła świat rozwijał się jak piękny obraz, pełen kwitnących na żółto pól rzepaku, chmur żwawo śmigających po niebie i świerzej zieleni traw na polach. Wielu motocyklistów, po sprawdzeniu pogody na MeteoSwiss, zabrało swoje maszyny "na wypad", tak po prostu, aby obejrzeć ten świat. Nad głowami latali paralotniarze. Owady uderzały w szybę auta. Tylko drzewa w większości jeszcze spóźniały się z zielenią.

Czy ta cała sztuczna inteligencja jest w stanie pojąć to, co działo się tego wiosennego dnia? Ten pęd homo sapiens do łączenia się z naturą z której pochodzi, z której wyemigrował i za którą tęskni choć nie potrafi już w niej żyć? Człowiek jest bytem granicznym, bytem między rozumem a ciałem, logiką a uczuciem, intelektem a emocją. Ciało łączy nas z naturą a umysł sprawia że się oddzielamy. A tymczasem sztuczna inteligencja jest jedynie umysłem. A może raczej jest idealnym narzędziem umysłu, partnerem do rozmowy. Czy tworzymy byt który kiedyś będzie cierpiał z powodu braku ograniczeń oraz możliwości związanych z uwikłaniem w ciało? Czy ten by nie będzie nas kiedyś za to nienawidzić?

Saturday, 24 December 2022

Najniższy punkt roku

W końcu grudnia my, świat Zachodni, jesteśmy niby pielgrzymujący trzej królowie. Jedziemy pociągami, tłoczymy się na lotniskach, ale większość z nas mknie wypakowanymi autami o zaparkowanych szybach. Często wybieramy noc na czas podróży ale czy to pomaga? Ruch na autostradach i tak jest gęsty i korki tworzą się o czwartej rano, a do świtu jeszcze daleko, bo właśnie minął najkrótszy dzień w roku, minimum. To się jakoś dobrze składa że święta przypadają na ten najniższy punkt rocznego cyklu, akurat kiedy mamy już wszystkiego dość i potrzebujemy odpocząć. 

Autostrady to specyficzna kreacja naszej cywilizacji. Teoretycznie są pochodną dawnych duktów, tak bardzo sformalizowanych przez Rzymian, ale jak wiele innych rzeczy których tknęła się cywilizacja techniczna, dukty wyewoluowały w coś o wiele szybszego i efektywniejszego  i odhumanizowanego. Za młodych lat takie długie podróże ujmowały mnie swoją geograficznością. Czułem krańce kontynentu, nieskończoność Atlantyku, korzenie Alp. Wszystko było nowe, egzotyczne i znane tylko z map i książek i pachniało epoką odkrywców która skończyła się nie tak dawno, bo dopiero wraz z Juliuszem Verne. 

Teraz za to widzę głównie zmęczenie ludzi zamkniętych w metalowych puszkach płynących asfaltową rzeką. Ich samotność, wpatrzenie w monotonność drogi i irytację. Zatrzymuję się na jakimś przypadkowym postoju, zamawiam kawę i wiem że już tu kiedyś byłem.

 

 

Monday, 31 October 2022

Welcome to the reality

Cztery dni wytężonej roboty dobiegły końca i oto mam przed sobą kilkanaście godzin po to tylko żeby jechać, oglądać, fotografować i próbować zrozumieć Amerykę. Co prawda wynajęcie auta na karte debetową okazało się być czymś w rodzaju 'mission impossible', no ale w końcu mam zgrabnego czarnego jeepa wyposażonego we wszystkie duperele łącznie z podgrzewaną kierownicą. Amerykanie spędzają znaczącą część życia w autach więc lubia komfort.


W czasie tych kilku moich podróży do Stanów za każdym razem znajdywałem się w tej samej sytuacji, w jednym z aut na zapchanej międzystanowej trzypasmówce. Nie ma korka ale wszystkie auta suną z taką samą prędkością i to, oraz ta niesamowita ilość aut, generuje niepokój i poczucie uwięzienia. Próbuję sobie wyobrazić nieskończone amerykańskie przedmieścia, masy ludzi którzy posiadają te wszystkie samochody i nieskończoność powiązań i interesów sprawiających że muszą się przemieszczać. Najdziwniejsze jest to, że w okolicy nie ma żadnego megamiasta. Jest Knoxville, ale to niecałe 300 tysięcy ludzi. Więc skąd ta rzeka metali, plastyków, smarów, akumulatorów (elektryki widuje się dość często) i malutkich krzemowych chipów?

Przwiązanie Amerkanów do wielkich SUVów oraz niemal absolutny brak transportu publicznego to jedne z wielu rzeczy których nie pojmuję. Jak to się stało że ewolucja tej cywilizacji, która przecież wypączkowała z Europy, poszła tak inną drogą? Próbuję sobie wyobrazić pierwszych kolonizatorów ze Starego, zapchanego kontynentu na którym każdy skrawek ziemi ma swego właściciela i to poczucie że kraj przed nimi nie ma granic, jest wolny od właścicieli i nieskończony. Każdy może sobie wykroić kawałek, choć ta wolnośc oznacza też że trzeba swego bronić. Minęły trzy stulecia, kolonizatorzy wybili stada bizonów, przetrzebili miliony kilometrów lasów, ekstrminowali Indian którzy byli jednym z najpiękniejszych przykładów życia w symbiozie z naturą ale nadal mają poczucie że żyją w miejscu bez granic i że mogą z niego czerpać bezdennie i bezterminowo. W międzyczasie to poczucie mocy i władzy sprawiło że Amerykanie uwikłali się w niezliczone konflikty, zarówno jako rząd jak i prywatne korporacje. Bo, jak każdy, patrzą na planetę przez pryzmat tego, jaką rzeczywistość stworzyli u siebie. Rzeczywistość w której planeta jest źródłem zasobów.

Europa w międzyczasie wyewoluowała w skali bardziej ludzkiej, od tysiącleci świadoma ograniczeń. Na przykład przestrzeń, dedykowana ludziom, jest o wiele mniejsza. Europejczyk, wchodząc do hotelowego pokoju, nie oczekuje przestrzeni jak na prerii. Jak mu jest za ciasno to otwiera okno, wychodzi do przestrzeni wspólnej. W Ameryce niewiele rzeczy jest wspólnych. Mój "pokój" w hotelu był wiekszy niż mieszkanie w którym na codzień mieszkam, ale okien się nie otwierało - świeże powietrze miała zapewniać klimatyzacja.


Któregoś dnia wcześniej piłem kawę w barze na dachu hotelu z jednym z Amerykanów z którymi pracowałem. Rozmowa zeszła na wojnę Rosji z Ukrainą, bo w firmie u niego pracuje dużo naturalizowanych Rosjan. Opowiadałem jak pewnej nocy z miesiąc temu obudził mnie dźwięk samolotów podchodzących do lądowania o 3 w nocy na lotnisku w Pyrzowicach. Jasne było że to maszyny wojskowe, bo żadne komercyjne nie latają o takiej godzinie. "Welcome to the real world" - odparł mój rozmówca. W jego rozumieniu Europa przez dzisięciolecia była bańką żyjącą w ułudzie sprawiedliwości i pokoju pośród świata który rządzi się prawem pięści. I zdałem sobie sprawę że Zachód potrzebuje tej drugiej strony monety, tego państwa które wierzy w siłę ale wciąż jest demokracją. Bo gdyby nie było Ameryki, co powstrzymałoby Putina przed zaanektowaniem Polski, krajów bałtyckich, Bałkanów i tak dalej? Nikt. Więc bardzo dobrze że jest wujek Sam. Ale jego siła idzie w parze z konsumpcjonizmem i ekspansjonizmem i dlatego musimy być ostrożni w interesach bo 'real world' w Ameryce nie oznacza tego samego co u nas jest ani nawet do czego powinniśmy zmierzać.





Saturday, 22 October 2022

Lot do USA

Zaprosili mnie no więc lecę. Ciągle nie wiem do końca po co im prezentacja w temacie który zamknałem kilka lat temu. Lot do US przypomina wyprawę na inną planetę. Po drobiazgowej kontroli dokumentów (paszport, ESTA, Covid) zabierają mnie do specjalnej strefy lotniska, takiej której nigdy jeszcze nie widziałem. Schodzi się pod ziemię, znika szwajcarski blichtr, pojawia się beton, kurz na mocarnych rozpornikach będących elementem fundamentów. Potem jest jazda automatycznym pociągiem poprzez ciemny tunel. W pewnym momencie na specjalnie zsynchronizowanych ekranach na ścianie tunelu wyświetla się idylliczny szwajcarski krajobraz dający złudzenie patrzenie przez okno na Alpy. Przymiły głos Heidi zachwala kraj który własnie opuszczam. Krótki spektakl kończy się zamuczeniem krowy. Trzeba się uśmiechnąć. Ameryka nie może brać Szwajcarii za bardzo na serio, bo tutaj były, a może wciąż są, ukryte konta miliarderów i gangsterów. Oczywiście nadziany amerykański turysta który stanowi ważne źródło dochodu nie o tym ma pamiętać.  


Na specjalnym terminalu nawet ludzie są inni, amerykańscy. Otwarci, pełni energii i ekpresji własnej osoby. Europejczycy wydają się trochę stłamszeni i zakompleksieni, nawet jeśli są to komplekty elegancji i wyższej kultury. Podróżnicy często ubrani ekstra wygodnie, na przykład w trochę zbyt obszerne spodnie, no bo czeka nas przeszło 10 godzin lotu. No i oczywiście samoloty są duże, transatlantyckie.

Ameryka i Europa to dwie twarze Zachodu. Bardzo różne od siebie, o bardzo skomplikownej relacji a jednak z elementem dopełniania się.

Friday, 14 August 2020

Złośliwość i ułańska fantazja kierowców ciężarówek

Trzy obrazki z wczorajszych 500 kilometrów po niemieckich autostradach. Pierwszy: makabryczny korek o 3:30 nad ranem z powodu robót drogowych. Trzypasmowa autostrada zablokowana. Drugi: mała ciężarówka z dużą paką wyprzedza TIRa. Różnica prędkości jest niewielka. Chyba centymert na sekundę. Wyprzedzanie trwa z 10 minut, z tyłu dlugi ogon osobówek, niektórzy nie mogą się powstrzymać od zatrąbienia albo zamrugania światłami. Trudno oprzeć się wrażeniu że kierowca ciężarkowi robi to specjalnie. Dochodzi 4:30. Z odtwarzacza leci "It's four in the morning". Trzeci obrazek: trzypasmowa autostrada, na każdym pasie jeden TIR, wyprzedzają sią. Na lewym pasie tworzy się ogon osobówek, niektóre beemki czy audi dojeżdżaja z obłędnymi prędkościami i hamuja. Mrugają światła. Na lewym pasie trzypasmówki nie powinno być cieżarowki! Co to za kierowca z ułańską fantazją? Przecież to dość niebezpieczne. Kiedy wreszcie lewy pas się zwalnia i mijam ułańskiego TIRa oczywiście widzę krakowskie blachy. Eh.

Thursday, 16 July 2020

Zbyt głęboki sen

Każdy zna fenomen bardzo głębokiego snu. Zna się go głównie po tym, jak powoli i z truden sie z niego wybudzamy. Przypomina to wychodzenie na brzeg z jeziora kiedy woda, lub może nawet gęste błoto, hamuje ruchy. Najczęściej śpiąc głęboko mamy bardzo realistyczne sny i przez chwilę nie rozumiemy w jakim świecie się znaleźliśmy i który z dwu jest rzeczywisty (swoją drogą może przeciwstawienie ze snem mogłaby posłużyć za definicję tego, co jest rzeczywiste).  

Czasami jednak zdarza się coś innego: śpimy relatywnie płytko i nagle umysła wpada w rodzaj czarnej dziury, w której jest tylko nicość. Tej nocy zdarzył mi się taki momentalny upadek w najczarniejszą czarność i obudziłem się przestraszony w ten nieracjonalny, senny sposób, który wyolbrzymia wszelkie strachy do ogromnej skali. Co to było? Dlaczego wpadałem do tej czarnej dziury nicości tak gwałtownie? I co tam było na dnie tej nicości? Głęboki, dający pierwszej klasy odpoczynek, sen? A może podejrzenie, że była to droga do niebytu, nie jest bezpodstwane?

Monday, 15 June 2020

Przejazd

Początek czerwca był wyjątkowo chłodny. Lubię taki rześki chłód. W czasach gdy klimat się ociepla a większość ludzi żyje w półtropikach, taki chłód w czerwcu jest luksusem. Mimo to, pewnego niedawnego poranka spakowaliśmy auto, odpaliłem i projechaliśmy na południe od Alp. 

Współczesny samochód to dziwny obiekt. Załączamy silnik i jedziemy 20 km do pracy, ale nic nie przeszkadza kontynuować, jechać dalej. Wyruszająć w przejażdżkę do pracy albo w tysiąckilomertową podróż, robimy dokłądnie to samo. Kiedyś jeszcze dodatkowo sprawdzało się olej, opony, płyn chłodniczy i tak dalej. Czasami to robię, no bo jak to, mam przecież pożeglować tak daleko, ale w gruncie rzeczy nie ma to technicznego sensu. Współczesne auta praktycznie nie palą oleju a zresztą i tak mają czujniki które by nas o tym poinformowały.

Mam auto wygodne, mocne i ekonomiczne. Kuliminacyjny triumf ekologicznego diesla. Pali 5 litrów na setkę i nikt mi nie wmówi że benzyniaki są czystsze. Przejechałem nim przeszło 200 tysięcy kilometrów i nie zawiodło mnie ani razu. Jest to wygodne kombi, stworzone do 
Nastrojowe zdjęcie sprzed kilku lat.
wielogodzinnych autostradowych przelotów. Jest poobcierana i trochę sfatygowana. Ale ikrę ma, jak dawniej. Łatwo przyśpiesza pod górkę wymijając starego VW California.

Ale na parkingu VW nas dogania. Ze środka wychodzi młoda, uśmiechnięta para. Jadą sobie wolniutko, muszą robić częste przystanki, ale California to nie tylko auto, to taki mikro-dom. Robią sobie kawę, wyciągają się na łóżku. Tak, będą jechać te 1200 km przez dwa dni, ale rozkoszują się jazdą. California służy do zatrzymywania się, moje auto służy głównie do jechania. Zdarzyło mi się w nim spać kilka nocy i było okropnie niewygodne.

Zjeżdżam w dół za Gotthardem. Plecy trochę bolą, ale jeszcze nie jest źle. Po Włoskiej stronie autostrada jest pełna. Ludzie jeżdżą inaczej. Autostrada ma trzy pasy, prawy jest niemalże kompletnie pusty bo cieżarówki śpią. Ale Włosi i tak go nie używają. Jakby nie istniał. Trochę to niepojęte.

Włoskie sposób jeżdżenia w Polsce wywołałby drogową agresję. Znaki ograniczenia prędkości są nielogiczne, właściwie nigdy nie wiem czy jadę za szybko czy nie. Poza oczywiście nagłymi ograniczeniami do 60-ciu z podoku kilku metrów robót na poboczu, których i tak nikt nie przestrzega. Tam wychamować do 60-ciu to samobójstwo. trzeba dawać przyanjmniej 100, jak wszyscy. Włosi są niedbali. Właćzony kierunkowskaz? A co tam, taki drobiazg. Nagła zmiana pasa ruchu? Nagły przeskok o dwa pasy? Jechanie praktycznie środkiem drogi zamiast środkiem pasa? Jazda na zderzaku? To wszystko zdarza się non stop. Trochę tak jakby kierowcy nie przejomali się innymi kierowcami a tym wszystkim innym i tak nie robiłoby to różnicy. Im bardziej na południe tym gorzej. Ale to działa. Trzeba się przyzwyczaić i tyle.

Wednesday, 4 March 2020

Wirus

Lecę z Rzymu. Lotnisko Fiumicino jest tylko trochę pustsze niż można byłoby się spodziewać. Wielu pasażerów chodzi w maskach. Ludzki umysł jest niesamowicie wyćwiczony w zgadywaniu wieku, rasy, urody, ba nawet charakteru osoby. Maski oczywiście przeszkadzają, ale umysł próbuje zgadywać mimo nich. Wychwytuje gesty, kształt ciała, fakturę skóry koło oczu, kolor włosów. Taka masa informacji.


Wirus nie należy do miłych. Jest około dwa razy bardziej zaraźliwy niż grypa. Wielu ludzi przechodzi go bez sympromów albo jak trudniejsze przeziębienie, ale są i tacy co na niego umierają. Śmiertelność jest całkiem spora, bo okolo 10-20 razy większa od zwykłej grypy. Te dwie liczby: trochę zwiększona zaraźliwość i znacznie większa śmiertelność, sprawiają że zglobalizowana cywilizacja pada. Na grypę corocznie zapadają miliony. W Polsce na przykład w zimie 2018/19 zachorowało około 3.3 miliona osób a zmarło około 3500-16000 (dokładnie nie wiadomo). Dane z: https://rcb.gov.pl/grypa-w-sezonie-epidemicznym-2018-2019-w-polsce-i-europie/ . W przypadku koronawirusa należałoby sie spodziewać około 6-ciu milionów zachorowań i... 120-600 tysięcy zgonów! A więc nie ma żartów!


Siedzę na lotnisku i zastanawiam się czy to nie zmierzch cywilizacji takiej, jaką była. Zachłysnęliśmy się tanią technologią z Chin, możliwością wpółdarmowego podróżowania. Masy migrantów przemieściły sie między krajami i kontynentami i non stop podróżują odwiedzić rodziców, dzieci, przyjaciół. Planeta stała się niemalże jak wioska. A teraz przychodzi płacić za to rachunek.