Showing posts with label Włochy. Show all posts
Showing posts with label Włochy. Show all posts

Sunday, 2 November 2025

Zamykanie domu.

Czasami, coraz częściej, kiedy ktoś odchodzi pozostaje po nim dom i dużo rzeczy. Dom w którym nikt z rodziny nie chce, albo nie może, zamieszkać. Dom już niepotrzebny, często zaniedbany jak znoszone ubranie i jednocześnie, jak znoszone ubranie, pełen gasnącej obecności swoich ostatnich mieszkańców. Często dom taki pełen jest bibelotów z poprzednich epok, czasami dzieł sztuki gdy na przykład okazuje się że były właściciel był kolekcjonerem. We takich Włoszech, gdzie co chwila trafia się na rzymskie, grackie lub etruskie ruiny, wśród bibelotów nierzadko trafiają się jakieś rzeźby sprzed dwu tysięcy lat, zbyt powszechne aby trafić do muzeów, ale jednocześnie objęte zakazem sprzedaży poza kraj.


Tym którzy żyją przypada zadanie zamknięcia takiego domu. To długi, często wielomiesięczny proces inwentaryzacji rodzinnej historii, segregacji przedmiotów, podzielenia ich pomiędzy spadkobierców. Uczestniczę w tym z boku, bo dotyczy mnie to tylko pośrednio. Znam ten dom od lat. Jego nigdy nie działające trzy łazienki, jego komary przylatujące wieczorami od ogrodu, jego nieprzytulność i chłód. Teraz pomagam pakować ostatnie z tysięcy książek i albumów, pomagam zdejmować ostatnie obrazy ze ścian. Te ogołocone pokoje, jaśniejsze ślady po obrazach, łuszcząca się farba, miejsce które za chwilę będzie należało do kogoś innego, do innej rodziny która pewnie będzie próbowała wypełnić je życiem, choć dla mnie, ten dom niesie głównie wspomnienie chłodnego oddechu długiej choroby i śmierci. 

Myśli które tłoczą się w głowie są takie banalne. Takie oczywiste. Takie wyświechtane. Myśli o przemijaniu, myśli o śmierci. Te myśli w swej trywialności właściwie nie zasługują na to by ubierać je słowa. Są bardziej nastrojem. Właśnie nastrojem listopadowym. Są nastrojem...  zamyślenia.

Tuesday, 1 April 2025

Włoscy putiniści

Warto zdać sobie sprawę z tego że duża część populacji krajów które nie graniczą z Rosją wciąż widzą ten kraj przez różowe okulary powieści w stylu "Doktora Żywago" Borisa Pasternaka. W sumie to zadziwiające że książka w której tle przewijają się okrucieństwach socjalistycznej rewolucji, książka której sowieci nie pozwalali wydać w Rosji, ta książka jest dla Włochów, czy częściej dla Włoszek, przykładem przepięknego romantyzmu skutej mrozem Syberii. Przystojny Omar Sharif dodatkowo uruchamia tą nutę tęsknoty za miłością w trudnych czasach, w których trzeba prawdziwego poświęcenia aby kochać.

Zadziwiająco dużo ludzi tam, w bezpiecznej odległości, najchętniej oddałaby Ukrainę, Polskę czy w ogóle całą wschodnią Europę Putinowi, byleby tylko przestał machać szabelką i pozwolił na codzienny relaks przy campari spritz. Nie widzą oni w ogóle potrzeby dozbrojenia Europy w sytuacji kiedy Rosja zmieniła się w państwo zmilitaryzowane tak jak hitlerowskie Niemcy przed II wojną światową. Ich zdaniem lepiej jest nie mieć broni bo wtedy nikt ich nie zaatakuje. Jak wiadomo świetnie to działało w przeszłości. 

Florencja
I basta, mam na razie dość tych całych Włochów zalanych przez tłumy turystów zmieszanych z armią czarnoskórych żebraków na ulicach. Mam dość widoku aut z których duża część nosi ślady najwyraźniej niedawnego włamania, policji która nie jest w stanie przegonić nielegalnych handlarzy spod średniowiecznych bazylik i powszechnej korupcji. Jest piękna wiosna i deklaruję powrót do natury, do zapachu rozkwitającego lasu, do zdrowego zimna porannej jazdy na rowerze i do przyzwoitych rozmiarów mieszkań i do przyzwoitych odległości między ludźmi.



Saturday, 4 May 2024

Czasoprzestrzeń robaczków

Maluję na mury nadmorskiego, letniego domku, 300 metrów od śródziemnomorskiej plaży. To taki relaksujący sposób spędzania stosunkowo nielicznych dni urlopu. Ale dość sarkazmu. Mury mają przeszło 50 lat a nadmorski klimat nie jest dla nich łaskawy. Pięćdziesiąt wilgotnych zim - a byłem tu kiedyś w grudniu i wszechobecna wilgoć ściekała ze ścian - i pięćdziesiąt prażących sierpni, kiedy nawet muchy nieruchomo przeczekują południowe godziny - to zrobiło swoje. Tynk jest pełen szczelin z których od czasu do czasu w popłochu wymykają się malutkie czerwone robaczki, poirytowane białą interwencją w ich spokojne życie. Te mury nie były malowane od kilku lat, podczas gdy tutejsza moda nakazuje wybielać je co dwa, maksimum trzy lata. 

Te robaczki to prawdopodobnie jacyś kuzyni polskiej aksamitki (lądzień czerwonaka, co za piękna nazwa). Z powodu swojej maleńkości i (prawdopodobnie) sił van der Waalsa ich świat jest w przybliżeniu dwuwymiarowy - znaczy płaski - a grawitacja ma niewielkie znaczenie. Czyli są rodzajem płaszczaków, tak ulubionych przez popularyzatorów nauki wyjaśniających koncepcje zakrzywionej przestrzeni.

Ale mnie zastanawia coś innego. Dwuwymiarowość jest warunkiem koniecznym do zaistnienia operacji mnożenia. W jednym wymiarze możemy tylko dodawać, ale mnożenie to obliczanie powierzchni a do tego trzeba co najmniej dwu wymiarów. Ciekawe czy aksamitki umieją mnożyć? Zapewne zdają sobie sprawę z tego co oznacza mniejsza lub większa powierzchnia ich świata więc, choć prawdopodobnie nie znają twierdzenia Pitagorasa, to jakąś intuicję mnożenia (powierzchni) posiadają, bo jest to im potrzebne do życia. 

Przestrzeń jest czymś bardzo oczywistym. Ponoć Platon jeszcze mieszał pojęcie obiektów i przestrzeni którą zajmują ale Arystoteles już je odróżniał (patrz wikipedia: https://pl.wikipedia.org/wiki/Przestrze%C5%84_(filozofia)). Czyli pojęcie przestrzeni  jest o wiele bardziej pierwotne niż na przykład pojęcie energii, które ukształtowało się dopiero  gdzieś pod koniec XVII wieku (choć pewnie istniało w umysłach ludzi jako energia ciała, która odnawia się po nocy i wyczerpuje w ciągu dnia). 

Newton najpełniej wyraził i opisał koncepcję absolutnej przestrzeni i absolutnego czasu. Taka absolutność najbardziej odpowiada naszemu codziennemu doświadczeniu. Istnienie takiej przestrzeni i czasu jest czymś innym niż istnienie wszystkiego innego, bowiem istniały one jeszcze zanim Bóg stworzył wszystkie rzeczy.  Jest to istnienie bardziej pierwotne ale też istnienie niższego rzędu.

A potem przyszedł przełom wieków XIX i XX i teoria względności, w której przestrzeń i czas tworzą czasoprzestrzeń (Minkowskiego) - nowy byt absolutny, mający bardzo inne właściwości niż Newtonowski czas i przestrzeń. Szczerze mówiąc wciąż nie pojmuję czasoprzestrzeni. Używam wzorów relatywistycznych niemal na codzień, ale czuję ze czasoprzestrzeń kryje w sobie zagadkę której nie umiem rozwikłać. Na pewno prymitywne wyobrażenie czasoprzestrzeni jako zwykłej 3-wymiarowej przestrzeni wzbogaconej o dodatkowy wymiar jest bzdurą. Czas, jeśli w ogóle jest wymiarem, to jest wymiarem urojonym. Dzięki temu odległości w czasoprzestrzeni mogą być urojone. Na przykład minęło 15 minut od kiedy malowałem tamten fragment ściany, odległy teraz o pół metra. Odległość między tymi dwoma zdarzeniami wynosi 15 minut świetlnych czyli i*2.7*10^8 [km], gdzie "i" to tak zwana jednota urojona czyli pierwiastek z minus 1. Oczywiście nie było żadnego rzeczywistego ruchu, żadnych milionów kilometrów, tylko machanie pędzlem i rozprostowywanie bolących pleców.  

Fakt że czas jest "wymiarem urojonym" wydaje się sugerować że myślenie o czasie jako o niezależnym wymiarze po prostu nie ma sensu. Dopiero dodanie wymiaru, podniesienie "i" do kwadratu, daje liczbę rzeczywistą.  Czas "relatywistyczny" nie ma sensu bez przestrzeni. 

No i jeszcze jest ta nieszczęsna prędkość światła, która z jednej strony wydaje się limitem czysto kinematycznym,  a przecież zależna jest od elektromagnetycznych właściwości samej przestrzeni... Te wszystkie nasze podziały na kinematykę, dynamikę, przestrzeń i czas i tak dalej są na prawdę tylko nieudolnymi próbami dostosowania naszego "klasycznego" myślenia do rzeczywistości która jest poza zasięgiem naszych zmysłów. Kurcze, 100 lat i kilka pokoleń po wielkiej rewolucji naukowej nadal nie stać nas na nic lepszego...

Słońce powoli chyli się ku zachodowi i jak zwykle mój umysł nie może przyjąć do wiadomości że zachód nie jest w kierunku morza a w kierunku lądu. Ot jeszcze jeden pokaz tego, że choć homo sapiens zdobył (i w dużej mierze idiotycznie zniszczył) całą planetę, to tak łatwo daje się nabrać.  




Friday, 15 September 2023

Carnet de voyage: Ventotene

We wrześniu wyspiarze obchodzą święto patronki wyspy, świętej Kandydy.  Niewiele o niej wiadomo i nikt, kogo pytam nie ma pojęcia czemu Kandyda została partonem. Za to wszyscy wiedzą że z okazji jej święta, oprócz obniesienia jej posągu po miasteczku w uroczystej procesji, wypuszczane są balony na ogrzane powietrze. Balony są kolorowe, pełne fantazyjnych dodatków i całkiem duże ale nie na tyle aby mogły unieść człowieka. Każdy jest inny i wyobrażam sobie jak małe grupki wyspiarzy tygodniami je zszywają przygotowując na ten krótki pokaz.

    Przed wypuszczeniem każdego balonu zbiera się tłum ludzi. Potem mała grupka wnosi bezwładny i bezformeny flak oraz dodatkowy sprzęt w postaci butli na gaz i palnika. Balon powoli i niepewnie nabiera kształtów i prostuje się. Potem, właściwie niespodziewanie unosi się z początku żwawo, szybko umniejszając się. Już po krótkiej chwili perspektywy się zmieniają i balon, prztępiony horyzontem, staje się niemalże statyczny i bardzo powoli znika w oddali. Balon wyrusza w podróż a ludzie zostają na swoim kilometrze kwadratowym skały. Nasuwa się przypuszczenie, czy mylne, że te mini-mongolfiery wyrażają frustrację mieszkańców z powodu ograniczoności wyspy? Tęsknotę za wyjechaniem?

    Ventotene. Skąd pochodzi nazwa? Z początku myślałem od liczby 28, czyli ventotto po włosku, ale ktoś potem powiedział że to może być od vento czyli wiatru. To ma więcej sensu. Przyjechaliśmy aby zbyt skromnie świętować pewną rocznicę. Z perspektywy kilku dni sądzę że to był dobry pomysł, bo z jakiegoś powodu, nad Mare Nostrum, nie szkodzi mi wino ani jedzenie o 10 wieczorem.

    Morze jest głównym motywem każdej małej wyspy i tutaj nie jest inaczej. Przesiadujemy na gładkich skałach skąd wykonujemy skoki do wody. Za nami jest wysoka skarpa, czasami dająca trochę cienia. W tej skarpie ktoś, zapewne rybacy, wydrążył wielkie wnęki. Największa z nich przypomina kościelną kopułę i mieści plażowy bar. W południe serwują tu lekkie posiłki. Kelnerka o płowych oczach i gładkiej skórze przyjmuje zamówienie, ale najpierw mówi czego już nie ma. To całkiem długa lista. Świeża dostawa dopiero we wtorek. Dzbanek z winem przynosi inna dziewczyna. Jest szczupła, drobna, ma czarne kręcone włosy, ostre rysy twarzy i szeroko rozstawione oczy. Na próżno usiłuję dojść skąd taka fizjonomia. Arabowie? Nie! Może Grecy? Dziewczyna szybko znika, dość ewidentnie speszona przez moje natrętne spojrzenie. Jak można obserwować nie-natrętnie? Nawet wzrok pełen zachwytu byłby, w takim kontekście, natrętny.

    Potem widzę ją już tylko z daleka. Jest święto więc ma na sobie bardzo obcisłą, elegancką sukienkę. Nagle słyszymy jakieś krzyki. Od strony miasteczka nadciąga grupa rozwrzeszczanej młodzieży. Znają się z tymi z baru. ,,Są pijani od południa'' - mówi ktoś. Muzyka z baru robi się głośna. Niektórzy tańczą, inni wskakują do wody. Wrzucają się nawzajem. Kelnerka o egzotycznej urodzie gdzieś się ukrywa unikając wrzucenia ale potem wychodzi i sama, w tej obcisłej sukience, wskakuje do morza. Śmiech, zabawa i lekkość.

    Za kilka tygodni prawie wszyscy wyjadą. Ponoć zimą jest ty tylko około 300 osób. Wszystkie knajpki są pozamykane, może poza barem w rogu centralnego placu który wygląda jakby był otwarty zawsze.


Monday, 15 May 2023

Wenecja

i nagle ze zdziwieniem odkryłem że Josif Brodski jest pochowany w Wenecji na wyspie-cmentarzu San Michele. W ogóle Rosjanie mają tu swój zakątek. Niedaleko Brodskiego pochowany jest Igor Strawinski. Obaj urodzili się w okolicach Wenecji północy czyli Sankt Petersburga. Obaj zmarli w Nowym Jorku jako obywatele amerykańscy. Obaj adorowali miasto na lagunie. "Brytyjczycy przywykli umierać w najdziwniejszych miejscach" - napisał Brodski w eseju o słynnym podwójnym agencie Kimie Philby który szpiegował dla Kremla i po zdemaskowaniu uciekł do Moskwy gdzie zmarł kilka lat przed zapaścią imperium sowietów. Tego samego które teraz próbuje wskrzesić obecny kremlowski bandyta. Ciekawe co Brodski powiedziałby stojąc nad swoim własnym grobem?

Jestem w Wenecji trzeci czy czwarty raz, ale dopiero teraz zaczynam ją widzieć. Ten poranny ruch vaporetti i motorówek po lagunie, masy ludzi podążające za swoimi sprawami, tłok, krzątanina, przepływy gotówki, biznesy, poranne espresso, apoteoza miasta sprzed epoki samochodów. No i wszędobylscy turyści, zadziwiającym prawem przyciągania agregujący się w tych kilku wąskich uliczkach i na piazza San Marco, podczas gdy 100 metrów dalej, w jakimś wąskim zakamarku, japoński turysta robiący zdjęcia pięknemu kotu wygląda tak samotnie.

No i sztuka, sztuka jako pojedyńcze freski, rzeźby czy obrazy, sztuka jako nagromadzenie, w dużym stężeniu, wybitnego rękodzieła okraszonego patyną historii i wiecznego rozpadu. Bo rozpad jest tutaj wszechobecny i  tylko nieustanny ludzki wysiłek i gigantyczne pieniądze sprawiają że miasto trwa. To zupełnie inny rodzaj trwania niż niezmienność egipskich piramid. Nie ma drugiego takiego miejsca na Ziemi jak przeszłotysiącletnia a jednak ulotna Wenecja. 

Świta. Ponieważ nie da się opisać wszystkiego, tu się zatrzymuję.

Widok na redę z Lido.


Jeden z kanałów, widok z gondoli. Mimo ceny warto!

Grand Canal kiedy większość już śpi.








Thursday, 5 January 2023

Impresje z Dolomitów

Podobnie jak kilkadziesiąt pewnie tysięcy ludzi spragnionych śniegu i szusowania pojechałem na narty w te całe słynne Dolomity. Hm. Czy mnie zachwyciły? Tak się złożyło że mieszkałem długo w okolicach Alp francuskich i w sumie jak chodzi o stoki to dałbym znak równości. Za to widoki są chyba lepsze. Dolomity to piękne góry, szpiczaste, skaliste, niedostępne. 

A poza tym… cóż, co rano sznury aut zmierzające do parkingów pod wyciągami, nieprzyjemny smród spalin mimo norm Euro 5, 6 czy co tam jeszcze, smród papierosów szczególnie dokuczliwy tam, u góry, w krystalicznie czystym górskim powietrzu (i wspomnienie ojca, który był nałogowym palaczem a który uczył mnie jeździć na nartych, wtedy, tyle lat temu, w Szczyrku), tłok w sklepikach i barach i lekkie zdziwienie że obsługa jest wciąż taka niewymuszenie miła dla hord turystów. 

Potem aspekty włoskie. Jakiś idiota wyprzedzający ski-bus na przystanku z przejściem dla pieszych (o włos od wypadku!), niekończące się apero w barze Miro po którym wcale już się nie chce jeść. 

No i ból mięśni oczywiście nie przyzwyczajonych do bycia używanymi cały dzień, napisy po polsku w hotelu, wypasione auta na blachach rumuńskich, dziwne języki zasłyszane na stoku (może Węgrzy?), nagły wiatr rozdmuchujący biały puch i strach ściskający kiszki na pięknej czarnej trasie bo od 3 lat nie regulowałem nart i a co jak się wypną na tym lekko oblodzonym, długim, nachylonym pod kątem 45 stopni stoku?


Na dole prawie nie ma śniegu. Rano ogromna kolejka ludzi do kolejki linowa Buffaure, która szybkostrzelne wysyła sześcioosobowe kabinki w kształcie przypominającym jajka do góry.  Pod kolejką las jest wycięty w długą prostą szramę. Na drzewach resztki śniegu. To i tak dobrze, bo akurat w większości Europejskich gór jest niemal całkiem bezśnieżnie. U góry stoki profesjonalnie przygotowane. Armatki pracowały w nocy. Stada dziatwy podążają za instruktorami. Czy warto uczyć się narciarstwa w dobie ocieplenia klimatycznego?

Gdzieś tam to nie moja para kaloszy te całe Dolomity, no ale wyjeżdża się między innymi po to, aby z ulgą wracać do swoich czterech ścian.

Wednesday, 16 November 2022

Park upadłych

Parco dei Cadutti leży na obrzeżu dzielnicy San Lorenzo w Rzymie, zaraz przy via Tiburtina, wychodzącej z centrum świata na północny wschód a wytyczonej pierwszy raz około 2300 lat temu. Zaraz obok dzielnicy znajduje się centralna rzymska stacja kolejowa Termini. W lipcu 1943 roku amerykanie zbombardowali San Lorenzo, bo chcieli zniszczyć węzeł  kolejowy służący między innymi do zaopatrywania nazistowskiej armii. Bomby trafiły w wiele budynków mieszkalnych. Szacuje się że zginęło około 1500 osób. Dokładna nazwa Parco dei Caduti to Park upadłych 19 lipca 1943 i oczywiście odnosi sie do pamiętnego bombardowania.

Odwiedzam ten park za każdym razem jak jestem w Rzymie. Tym razem miałem czas dla siebie więc zaszyłem się przy stoliku w kącie, za drewniamym kioskiem który zawiera niewielki bar. Otworzyłem dzieło Sabiny Hossenfelder opowiadającą o opłakanym stanie współczesnej fizyki teoretycznej i usiłowałem się skupić. Specjalnie wybrałem ten stolik, aby schować się nie tylko przed którymś ze znajomych ale przede wszystkim przed bogactwem zdarzeń wypełniających tą przestrzeń.

Park upadłych przypomina stare obrazy pokazujące codzienne życie w średniowieczu. Typowo na takim obrazie w jednym kącie jakieś małe dziecko brodzi w kałuży, mały kundelek wskakuje i zeskakuje z ławki, inny pies obwąchuje drzewo machając ogonem, na zjeżdżalni cała grupa maluchów testuje nowe sposoby zjeźdżania (na przykład głową w dół) bardziej w tle dziewczyna w sari żywiołowo huśta się na jednej z huśtawek podczas gdy na drugiej dwie dziewczynki próbuja akrobacji i skakania w dal. W lewym dolnym rogu widzę krępego czterdziestooparolatka w niechlujnej paramilitarnej kurtce i z okazałą brodą skupionego na ekranie eleganckiego maka stojącego a za nim, w tle, starsusza z chodzikiem prowadzona jest powoli przez młodą dziewczynę z niemowlakiem na ręku. W głębi, pod drzewami, na niewielkim boisku grupa chłopaków kopie piłkę, na ławkach obok siedzą trzy kobiety w tradycyjnych muzułmańskich strojach pilnując swoję pociechi i rozmawiając w swoim egzotycznym języku.

Tyle się dzieje, tyle jest gestów, fizjonomii. Cały świat jest tutaj, skoncentrowany, zabiegany, zajętymi swoimi problemami ale współżyjący ze sobą, pomagający sobie, starający się nawzajem zrozumieć. Chłopak który przynosi mi mi piwo, jest czarny jak afrykanin ale ma rysy twarzy trochę jakby hinduskie. Nawet nie próbuję zgadnąć skąd jest. Zresztą czy on wie? Czy ja wiem skąd jestem? 

Przy stoliku obok siadają dwie dziewczyny. Mówią po włosku, piją jakieś dziwne drinki. Patrzę na nie kątem i wtedy w oko wpada mi czarna tablica, zawieszona na płocie za ich stolikiem, na której ktoś wypisał równania Modelu Standardowego. Oczywiście, przecież zupełnie niedaleko jest la Sapienza, jeden z najlepszych włoskich uniwersytetów. Zadumany nad zadziwiającym zbiegem okoliczności (przecież czytam właśnie książkę o współczesnej fizyce), dostrzegam też napis w zupełnie znanym mi języku. To ktoś z mojego kraju popisał się własnym chamstwem. Gdzie te czasy gdy otwierała się przed nami Europa i tysiące które wyruszyły aby zobaczyć jak jest gdzie indziej zostawiały napisy w stylu "Tu byłem Tony Halik"?

Zaa kiosku zagląda Manuela i dostrzega mnie. Zostaję odkryty. Przysiada się, więc zamykam książkę i gadamy o wszystkim a szczególnie o dzieciach. Dziewczynki bawią się razem gdzieś w odległym rogu parku. Właśnie poszły do różnych gimnazjów i mają sobie tak wiele do opowiedzenia. W końcu Manuela wyciąga mnie do innego stolika, z drugiej strony kiosku, gdzie siedzi już cała ferajna rodziców i rozmawia o wszystkim. Chłopak przynoszący alkohole jakoś daje radę pamiętać kto co zamówił. Tematy są różne, od nowej ekonomii która musi być odpowiedzią na kryzys klimatyczny po kłopoty żołądkowe po wczorajszym jedzeniu w jednej restauracji. Zapada zmrok. Trudno uwierzyć że zaledwie kilometr dalej tabuny turystów od rana próbują rozdeptać Koloseum. Czas iść do domu. Wiem, czemu tu nie mieszkam, ale czasami zastanawiam się czy nie byłbym szczęśliwy właśnie tu, gdzie kwitnie akradyjskie życie mimo ulicznego brudu, rozpadających się ulic i domów.

Następnego ranka, gdy wychodzę na pociąg, niewielka załoga przedsiębiorstwa oczyszczania myje miasto ciśnieniową myjką.




Friday, 17 July 2020

Rzym, upał i sąsiadka

Z okazji home office jestem znowu w Rzymie. Jest potwornie gorąco, w mieszkaniu powietrze stoi. Dobrze że jest taras i tu, jak się okazuje, powietrze się rusza, powiewają flagi zawieszone z kilka dni temu okazji urodzin małej. Ale na tarasie można byc dopiero od piątej czy szustej po południu. Wcześniej jest za gorąco, betonowa podłoga oddaje ciepło całego dnia. Zbryzgana wodą ze szlauchu schnie w ciągu kilku minut.

Włochy generalnie postawiły na technologie które nie zawsze działają. Spłuczki w kiblach trzeba przyciskać odpowiednio szybko i długo, bo inaczej w rurach coś śpiewa przez długie minuty zanim pojawi się woda. Zamki w drzwiach wejściowych do Rzymskich kamienic co jakiś czas nie działają. Nie przekręcają się. Drzwi pozostają zamknięte, nie można wejść do siebie. Albo trzeba próbować przez wiele minut. Zastanawiam się jak to jest że technika na północy Europy jakoś zwykle działa a na południu nie?

Może to te upały? W upały machnizmy działają jeszcze gorzej niż zazwyczaj. Nikt już nie zatrzaskuje bramy wejściowej do kamienicy bo każde otwarte drzwi zwiększają przewiew. Asfalt na ulicach jest jakiś miękki. Czasami czuć swąd jakiejś substancji stającej się lotną w tych temperaturach.

W nocy śpi się źle. Ludzie wychodzą na ulice dopiero koło 19-tej i siedzą do 2-giej czy nawet dłużej. Zwłaszcza młodzi. Słyszę ich ich w nocy, razem z krzykami mew, które budząc się od czasu do czasu dają jedyne świadectwo relatywnej bliskości morza.

Zapada zmrok i rozświetlają się okna. Jest jedno na które lubię patrzeć, oczywiście w ukryciu. Mieszka tam młoda dziewczyna ze swoim chłopakiem. Moje ukryte spojrzenie łowi jej ruchy, gesty. Próbuję wnioskować z nich co robi. Czasami zastanawiam się jak bardzo moje spojrzenie jest faktycznie ukryte. Może ona wie że na nią patrzę? Że łowię, skradam jej obrazy, odbicia w oknie, zafascynowany brudnym podglądactwem. Widzę sylwetkę, kształt ogólny, zarys szyi, piekny profil piersi i płaskiego brzucha. Zakazane patrzenie jest rozbite na krótkie momenty i podszyte strachem przed byciem przyłapanym. Obrazy zarejestrowane składają się w większej części z wyobrażeń niż z faktycznych obrazów. Granica się rozmywa. W głowie powstaje zmyślona historia. 

Saturday, 2 May 2020

Drugoplanowe skutki lockdownu

Lockdown to z jednej strony opanowanie pandemii wyrażające się w normalizacji sytuacji w szpitalach, domach starców i na cmentarzach, z drugiej zapaść ekonomiczna, wzrost bezrobocia, wzrost liczby samobójstw, depresji, chorób związanych ze społeczną izolacją i strachem, wzrost liczby ofiar przemocy domowej i fala rozwodów. To są sprawy ważne o których pisze się miliardy słów.

Ale lockdown to także sytuacja w której niekórzy rodzice, pierwszy raz od wielu lat, spędzają naprawdę czas z dziećmi, w której wiele osób ma czas spokojniej pomyśleć o życiu i spojrzeć z dystansem na swoją pracę. Niektórzy na własnej skórze doświadczają jak to jest być eremitą, i to w środku miasta, inni odczuwają tą sytuację jak bycie więzionym i doceniają znaczenie wolności. Włosi pierwszy raz w życiu doświadczają kolejek do sklepów spożywczych, co było normą w Polsce w latach 80-tych. Dla wszystkich lockdown oferuje jakieś to nowe doświadczenia.

Czwartego maja, po półtorej miesiąca zamrożenia kraju, Włochy zaczynają odmrażanie gospodarki. Inne kraje zaczęły już wcześniej, inne zaczną później. Nauczymy się żyć z tą nową chorobą, która dotyka głównie starszych i słabszych. Na szczęście dla wszystkich wiele początkowych obaw nie sprawdziło się. Poza pojedyńczymi przypadkami choroba nie rozniosła się po południowych Włoszech po tym jak fala ludzi z Lombardii wróciła na południe w przededniu głoszenia zamknięcia Lombardii. Zgony w USA zmierzają w strone 100 tysięcy - nic w porównaniu z początkowymi szacunkami mówiącymi o 2 milionach. Jest to prawdopodbnie mniej więcej tyle, co roczna ilość zgonów z powodu grypy. Mam nadzieję że gospodarka nie oberwałą aż tak, jak szacują niektórzy ekonomiści. Obok domu w którym mieszkam jest duży magazyn komponentów dla budów który przez cały czas był wpół-otwarty, choć nie powinien. Policja przymykała oczy. We Włoszech takich nieoficjalnie "wpółotwartych" firm było na pewno dużo. Gospodarka wróci do sił szybciej niż myślimy.