Tuesday, 25 June 2024
Noc Kupały 2024
Tuesday, 18 June 2024
Duchowość a nauka
Z rekomendacji kolegi po fachu przeczytałem "The Sleepwalkers - A History of Man's Changing Vision of the Universe" Arthura Koestlera. Książka ma swoje lata, bo pierwsze jej wydanie było w 1959 roku. Od tego czasu pewnie trochę się zmieniło w naszej wiedzy o wiekach średnich, ale esencja pozostaje niezmieniona: starożytni Grecy (a dokładnie Arystarch z Samos) w III wieku p.n.e. ukuli pierwszą hipotezę świata heliocentrycznego, która została tak skutecznie wyparta z ludzkiego umysłu że przez następne dwa tysiące lat, aż do Kopernika i Keplera, rzesze "astronomów" wolały marnować życia na obliczaniu epicykle zamiast pomyśleć jak naukowcy. Coś zupełnie nie do pomyślenia teraz, kiedy nauka non stop szuka nowych interpretacji i wiecznie weryfikuje nawet już dość dobrze znane prawa.
Ale prawdę mówiąc co innego przykuło moją uwagę. Koester pisze że Pitagorejczycy, dwieście czy trzysta lat przed Arystarchem, byli pierwszymi, którzy patrzyli na świat przez pryzmat matematyki. "Nobody before the Pythagoreans had thought that mathematical relations held the secret of the universe. Twenty-five centuries later, Europe is still blessed and cursed with their heritage. To non-European civilizations, the idea that numbers are the key to both wisdom and power, seems never to have occurred."
Pitagorejczycy w matematyce widzieli wymarzoną Syntezę, pojedyńczą "teorię" opisującą wszystko. Na dodatek nie była to sucha matematyka, ale religia oferująca tajemnicę stworzenia. "At the highest level katharsis of the soul is achieved by contemplating the essence of all reality, the harmony of forms, the dance of numbers. ‘Pure science’ – a strange expression that we still use – is thus both an intellectual delight and a way to spiritual release; the way to the mystic union between the thoughts of the creature and the spirit of its creator."
Przypominają mi się moje pierwsze fascynacje mechaniką kwantową, kiedy z wypiekami na twarzy czytałem popularnonaukowe książki a dyskretyzacja energii, kontemplacja faktu istnienia orbitali, były przeżyciami duchowymi. Podobnie było parę wykładów na Uniwersytecie, na przykład profesora Staruszkiewicza który przez godzinę, na czterech slajdach pokazywał jak wyliczyć masę elektronu albo Białasa który pokazywał jak istnienie bozonu Higgsa wynika z podstawowych zasad mechaniki kwantowej. Większość życia spędziłem dokonując zupełnie innych, trywialnych i praktycznych obliczeń, ale czy do kościoła chodzi się codziennie czy tylko do święta?
Oczywiście z jakiegoś powodu od prawdziwej Syntezy wymaga się niezmienności, a tego o fizyce nie można powiedzieć, coś tam się wciąż dzieje, stała Hubbla zmienia wartości, wciąż nie wiemy jak wyjaśnić duże obszary obserwacji kosmologicznych. Ale czy na pewno? Fundament, czyli mechanika kwantowa i teorie względności, są niezmienne od 100 lat. Może czas zacząć głosić je w kościołach?
Dziwnym zbiegiem okoliczności tegoroczny festiwal fotografii w Lenzburgu odbywa się pod leitmotivem "Synthesis" i co ciekawe organizatorzy chyba mieli podobne myśli, bo jedna z instalacji zawierała fragmenty antycznych ksiąg filozoficznych czy alchemicznych po cytat Heisenberga. Były też rzeczy "pod publikę" czyli wystawy zdjęć Sony World Photography Awards, które oczywiście dotyczyły ekologii ale przyjemnie je się oglądało. Ale była też wystawa Sabine Hess zatytułowana "You felt the roots grow", która zupełnie zwaliła mnie z nóg. Przypomniała mi że zwykłe trawy można sfotografować w sposób zapierający dech w piersiach. Poza tym aranżacja zdjęć, danie im przestrzeni, to była silne, odwoływało się do niemówionego instynktu piękna. Na dodatek jej proste, poetyckie teksty. Uff, moje niedzielne katharsis, moja niedzielna msza doprawdy święta. Niedużo z wystaw które widziałem w życiu potrafiło dotknąć tej właśnie, właściwej struny duszy.https://www.sabine-hess.com/11897084-01-you-felt-the-roots-grow#10Saturday, 18 May 2024
Commissioning stories
Większość akceleratorów badawczych ma co roku kilka miesięcy przerwy. Nagle w podziemnych tunelach lub betonowych bunkrach zapada cisza, bo wyłączane są pompy próżniowe i inne hałasujące urządzenia. Ludzie w białych fartuchach z doczepionymi dozymetrami coś tam odkręcają, dokręcają, wstawiają, usuwają, przyłączają kable i testują używając nieodłącznych żółtych multimetrów. A same maszyny są niby uśpione giganty, ważące dziesiątki albo tysiące ton.
| Końcowa część profilu wiązki w dużym ringu PSI. Różowy - przed naprawą septum, niebieski - po naprawie. Widać dodatkowe orbity. |
Następnego dnia dostaję informację że jeden z monitorów profilu wiązki nie działa. To moja odpowiedzialność. Biorę moich dwu wyśmienitych techników, najpierw sprawdzamy elektronikę, ale ta jest w porządku. Trzeba iść do "bunkra". Niestety monitor jest w dość nieprzyjemnym miejscu, w pobliżu jednej z tarcz eksperymentalnych. Jest tam spora aktywacja. Umawiamy się z ekspertem od ochrony radiologicznej. Będzie nam towarzyszył cały czas, uważając abyśmy nie dostali zbyt dużej dawki promieniowania.
Następnego dnia rano wchodzimy. Aktywne dozymetry zaczynają nerwowo pikać. Okazuje się że naprawa wcale nie jest prosta. Musimy wymienić potencjometr. Wychodzimy, szukamy odpowiedniej części zamiennej. Wracamy. Trzeba odkręcić parę śrubek, wymienić przewody elektryczne. W laboratorium byłoby to proste jak bułka z masłem, ale tutaj jest ciasno, gorąco, niewygodnie a dozymetry pikają jak szalone. Pracujemy na zmianę, aby dostać po mniej więcej tyle samo mikrosiwertów. No i dostajemy po mniej więcej 100 na osobę. Nie, to nie jest dużo, tyle co jeden rentgen płuc albo lot do Nowego Jorku. Ale to i tak najwięcej od jakichś dwu lat, kiedy to musieliśmy pracować z pewnym kolimatorem.
Wychodzimy. Robota zrobiona. Jeden z techników odpala jakąś hinduską, bolywodzką muzykę z youtuba. Śmiejemy się, tańczymy przez chwilę w tych specjalnych, białych wdziankach zakrywających całe ciało. Z promieniowaniem trzeba uważać, ale kontaminacja to jest dopiero nieprzyjemność.
Tego dnia, wieczorem, akcelerator osiąga prawie połowę nominalnej intensywności wiązki. To niezły wynik. Mamy jeszcze dwa tygodnie commissioningu. Jest jeszcze masa rzeczy do poprawienia, ale głównie software. Chyba że znowu się okaże że coś nie działa.
Sunday, 12 May 2024
Kryzys po szwajcarsku
Mamy kryzys. Budżet mojej organizacji został ucięty o niemal 10% z roku na rok. Miałem negocjować podwyżkę, jechać na konferencję na którą mnie zaproszono... teraz wszystko staje pod znakiem zapytania. Szwajcaria jest w kryzysie, cały Zachodni świat jest w kryzysie. Ba, nawet Chińscy koledzy mają mniej pieniędzy na badania. Chyba że są to badania wojskowe... tak podejrzewam.
W Szwajcarii sytuację komplikują osobliwości tutejszej administracji no i ceny wynajmu mieszkań. Najbardziej boli opieszałość urzędu skarbowego. Zwrot nadpłaconego podatku dostaje się tutaj po przeszło roku (mój zwrot za 2022 ma przyjść pod koniec maja 2024 a więc po 17-tu miesiącach!). Wpłacana pieniądze najpierw leżą rok na koncie gminy. Po mniej więcej tym czasie gmina dokonuje rozliczenia, zabiera swoją część a resztę wysyła do kantonu. Kanton zabiera swoją część a resztę wysyła do federacji. Berno zabiera swoją część i przysyła zwrot. Ciekawe ile tego będzie. Plany wakacyjne dzieci zależą od tej sumy.
Mimo wszystko dużo ludzi jest tutaj bogatych no i kwitną biznesy optymalizacji podatków (a system podatkowy mają bardzo skomplikowany), zbierania na emeryturę, czy doradztwa inwestycyjnego. Dużo w temacie jest na stronie o wiele mówiącej nazwie thepoorswiss.com. Ale wcale nie wszyscy jeżdżą beemkami, porsche czy mercedesami. Tu, gdzie mieszkam, dominują tanie, choć dobrze utrzymane ople czy peugeoty w średnim wieku. Niektórzy ze znajomych szwajcarów aktywnie optymalizują koszty życia, bo dla nich też jest drogo. Przeprowadzają się co kilka lat do tańszych mieszkań.
![]() |
| Unanimity by DALL-E. |
Nie jest o to łatwo z wielu powodów. Ostatnio na przykład pewien dysonans poznawczy sprawiają auta na ukraińskich numerach. Uchodźcy, ze względu na wojnę, mają prawo do bezterminowego - jak na razie - jeżdżenia na nie-szwajcarskich blachach. Zwykle są to auta całkiem dobre, ale od czasu do czasu spotyka się prawdziwe perełki. Kilka tygodni temu na górskiej przełęczy widziałem bentleya, wczoraj wielkie porsche, na grillu kolega opowiadał o ferrari. Oczywiście pojawia się dysonans poznawczy: w kraju trwa wojna, Zachód wspomaga Ukrainę dużymi pieniędzmi a tymczasem grono nadzianych uchodźców prowadzi wygodne życie w luksusowym, bezpiecznym górskim kraju. Hm.
Saturday, 4 May 2024
Czasoprzestrzeń robaczków
Maluję na mury nadmorskiego, letniego domku, 300 metrów od śródziemnomorskiej plaży. To taki relaksujący sposób spędzania stosunkowo nielicznych dni urlopu. Ale dość sarkazmu. Mury mają przeszło 50 lat a nadmorski klimat nie jest dla nich łaskawy. Pięćdziesiąt wilgotnych zim - a byłem tu kiedyś w grudniu i wszechobecna wilgoć ściekała ze ścian - i pięćdziesiąt prażących sierpni, kiedy nawet muchy nieruchomo przeczekują południowe godziny - to zrobiło swoje. Tynk jest pełen szczelin z których od czasu do czasu w popłochu wymykają się malutkie czerwone robaczki, poirytowane białą interwencją w ich spokojne życie. Te mury nie były malowane od kilku lat, podczas gdy tutejsza moda nakazuje wybielać je co dwa, maksimum trzy lata.
Ale mnie zastanawia coś innego. Dwuwymiarowość jest warunkiem koniecznym do zaistnienia operacji mnożenia. W jednym wymiarze możemy tylko dodawać, ale mnożenie to obliczanie powierzchni a do tego trzeba co najmniej dwu wymiarów. Ciekawe czy aksamitki umieją mnożyć? Zapewne zdają sobie sprawę z tego co oznacza mniejsza lub większa powierzchnia ich świata więc, choć prawdopodobnie nie znają twierdzenia Pitagorasa, to jakąś intuicję mnożenia (powierzchni) posiadają, bo jest to im potrzebne do życia.
Przestrzeń jest czymś bardzo oczywistym. Ponoć Platon jeszcze mieszał pojęcie obiektów i przestrzeni którą zajmują ale Arystoteles już je odróżniał (patrz wikipedia: https://pl.wikipedia.org/wiki/Przestrze%C5%84_(filozofia)). Czyli pojęcie przestrzeni jest o wiele bardziej pierwotne niż na przykład pojęcie energii, które ukształtowało się dopiero gdzieś pod koniec XVII wieku (choć pewnie istniało w umysłach ludzi jako energia ciała, która odnawia się po nocy i wyczerpuje w ciągu dnia).
Newton najpełniej wyraził i opisał koncepcję absolutnej przestrzeni i absolutnego czasu. Taka absolutność najbardziej odpowiada naszemu codziennemu doświadczeniu. Istnienie takiej przestrzeni i czasu jest czymś innym niż istnienie wszystkiego innego, bowiem istniały one jeszcze zanim Bóg stworzył wszystkie rzeczy. Jest to istnienie bardziej pierwotne ale też istnienie niższego rzędu.
A potem przyszedł przełom wieków XIX i XX i teoria względności, w której przestrzeń i czas tworzą czasoprzestrzeń (Minkowskiego) - nowy byt absolutny, mający bardzo inne właściwości niż Newtonowski czas i przestrzeń. Szczerze mówiąc wciąż nie pojmuję czasoprzestrzeni. Używam wzorów relatywistycznych niemal na codzień, ale czuję ze czasoprzestrzeń kryje w sobie zagadkę której nie umiem rozwikłać. Na pewno prymitywne wyobrażenie czasoprzestrzeni jako zwykłej 3-wymiarowej przestrzeni wzbogaconej o dodatkowy wymiar jest bzdurą. Czas, jeśli w ogóle jest wymiarem, to jest wymiarem urojonym. Dzięki temu odległości w czasoprzestrzeni mogą być urojone. Na przykład minęło 15 minut od kiedy malowałem tamten fragment ściany, odległy teraz o pół metra. Odległość między tymi dwoma zdarzeniami wynosi 15 minut świetlnych czyli i*2.7*10^8 [km], gdzie "i" to tak zwana jednota urojona czyli pierwiastek z minus 1. Oczywiście nie było żadnego rzeczywistego ruchu, żadnych milionów kilometrów, tylko machanie pędzlem i rozprostowywanie bolących pleców.
Fakt że czas jest "wymiarem urojonym" wydaje się sugerować że myślenie o czasie jako o niezależnym wymiarze po prostu nie ma sensu. Dopiero dodanie wymiaru, podniesienie "i" do kwadratu, daje liczbę rzeczywistą. Czas "relatywistyczny" nie ma sensu bez przestrzeni.
No i jeszcze jest ta nieszczęsna prędkość światła, która z jednej strony wydaje się limitem czysto kinematycznym, a przecież zależna jest od elektromagnetycznych właściwości samej przestrzeni... Te wszystkie nasze podziały na kinematykę, dynamikę, przestrzeń i czas i tak dalej są na prawdę tylko nieudolnymi próbami dostosowania naszego "klasycznego" myślenia do rzeczywistości która jest poza zasięgiem naszych zmysłów. Kurcze, 100 lat i kilka pokoleń po wielkiej rewolucji naukowej nadal nie stać nas na nic lepszego...
Słońce powoli chyli się ku zachodowi i jak zwykle mój umysł nie może przyjąć do wiadomości że zachód nie jest w kierunku morza a w kierunku lądu. Ot jeszcze jeden pokaz tego, że choć homo sapiens zdobył (i w dużej mierze idiotycznie zniszczył) całą planetę, to tak łatwo daje się nabrać.
Monday, 15 April 2024
Utrata
Thursday, 11 April 2024
Ulesić się
Skończyłem czytać "S'enforester" - książkę a jednocześnie album fotograficzny, która jest rozważaniem o lesie pierwotnym, o puszczy. Autorzy, Andrea Mantovani - fotografka i Baptiste Morizot - pisarz i filozof, spędzili wiele czasu w Białowieży, gdzie poznali między innymi Adama Wajraka. Ciekawie czytać jak francuzi widzą 'naszą' puszczę. Tekst jest ciut przydługi i pełen powtórzeń, i poprzez swoją ogólność wydaje się być pewnym dysonansie do zdjęć ale jednocześnie pokazuje wiele ciekawych aspektów puszczy, która kiedyś pokrywała nieskończone kilometry między Uralem a Atlantykiem.
Ciekawe jest na przykład spostrzeżenie że puszcza składa się głównie ze starych drzew. Ma zupełnie inną strukturę niż populacje zwierzęce (w szczególności ludzka). Skoro drzewa żyją po kilkaset lat, ich demografia wymaga niewielkiego tylko "przyrostu naturalnego".
Są też interesujące, spostrzeżenia dotyczące naszej cywilizacji. Na przykład rozważanie na temat jej bycia 'disruptive' (trudno znaleźć polskie słowo). Morizot dostrzega niezwykłe przyśpieszenie w rozwoju nowych technologii i kultury które prowadzi do oddzielenia się, oderwania od ekosystemu biologicznego w którym cywilizacja ma swoje źródło.
Angielska recenzja książkoalbumu:
https://www.blind-magazine.com/news/bialowieza-awe-inspiring-and-hostile-nature/







