Showing posts with label ludzie. Show all posts
Showing posts with label ludzie. Show all posts

Thursday, 11 January 2024

Nie czekając wiosny

Styczeń jest zimny i ponury, chyba że się jest na narciarskich stokach albo tropikalnych wyspach. Nic dziwnego że szpalty gazet wypełniają się nekrologami. Głównie to są aktorzy lub inni ludzie sztuki. Mieli po 80-90 lat i zapewne zdawali sobie sprawę z tego, że nachodzi ich czas na podróż na tamten świat. Taki ponury styczeń to niezły miesiąc na odejście. Rodzinne, ciepłe święta właśnie minęły a do wiosny jeszcze daleko.

Wygenerowane przez DALL-E.

Z końcem grudnia odeszło też dwóch ludzi których znałem. Jeden od lat walczył z nałogami. A może już dawno odpuścił tą walkę? Nie wiem, nie gadaliśmy od wielu lat. Pamiętam go jako szczupłego dwudziestoparolatka który grywał na klawiszach utwory Nirvany. Ze swoimi bujnymi kręconymi włosami i przyciemnianymi okularami wyglądał jak rockman z lat 60-tych albo 70-tych. Niech spoczywa w pokoju.

Drugi znajomy był bystrym, młodym facetem. Powodziło mu się dobrze, miał 43 lata, dobrą pracę i kilka miesięcy temu został ojcem. Od zawsze uwielbiał się wspinać. Zginął na jakiejś łatwej ściance na południu Francji. Ponoć zawiodła lina. Niech i on spoczywa w spokoju.


PS. 15 stycznia: I jeszcze córka znajomego, młoda dziewczyna. Jakże krusi czasami jesteśmy! Z taką śmiercią szczególnie ciężko się pogodzić.

Sunday, 15 October 2023

Różne strony sadyzmu

    Jechałem kiedyś tą trzypasmówką która przecina Katowice zaraz obok Spodka. Była wiosna, słoneczny dzień, duży ruch, toteż dopiero w ostatniej chwili zauważyłem niewielki poruszającą się biały wzgórek na środku pasa, który wynurzył się spod podwozia auta mknącego przede mną. Nagłe uderzenie adrenaliny do głowy, refleks, skupienie i trzy małe kocięta, znalazły się między kołami mojego auta. Wbiłem wzrok we wsteczne lusterko aby sprawdzić czy żyją i czy mi się nie przywidziało, ale jedyne co zobaczyłem to maska kolejnego auta. Najprawdopodobniej przeżyły mój przejazd, ale przecież zaraz, za chwilę ktoś w nie wjedzie, nie ma innej opcji. Gorączkowa analiza sytuacji nie doprowadziła do rozwiązania. Zatrzymać się? Nie było pobocza! Stanąć na pasie? Przy tym natężeniu ruchu równałoby się to samobójstwu. Co zrobić, co...?

Obrazek wygenerowany przez DALL-E.

    Nic. Byłem już kilometr dalej, w strumieniu tysiąca aut i nic nie mogłem zrobić. Nikt nie mógł nic zrobić bez doprowadzenia do wypadku. Gardło było suche. Umysł pełen pytań i bolesnego buntu.

    Kto? Dlaczego? Dlaczego ktoś zostawił malutkie, kilkutygodniowe kocięta na środku ruchliwej drogi w centrum metropolii? Przecież nie znalazły się tam przypadkiem, ktoś musiał je z premedytacją wyrzucić. Może nawet z góry, z wiaduktu. Może tam stał i patrzył co się stanie, kto je rozjedzie. A może satysfakcję sprawiała mu sama wiedza że zginą przerażone do granic możliwości, na samym początku ich miękkiego kociego życia? Można nawet czerpał przyjemność z ich cierpienia i z potencjalnego cierpienia kierowców, zwłaszcza tego którego auto w końcu zamieni miękkie ciała w krwawe plamy na asfalcie?

    Kiedyś, w średniowieczu, ponoć sadyzm był częścią życia publicznego. Kary cielesne, chłosty, tortury, nabijanie na pal, palenie żywcem, to wszystko było częścią codzienności czy może nawet świątecznym przedstawieniem. W dzieciństwie spotkałem kilku sadystów, torturujących zwierzęta. Nie mówię o dzieciach torturujących owady, ale byli ludzie którzy zabijali na przykład koty w szczególnie bestialski sposób. Budzili grozę, nie chciało się być w ich obecności, bo ewidentnie czerpali przyjemność z cudzego cierpienia. Ale skoro w średniowieczu bestialstwo było powszechne to może część z tego tkwi jeszcze w niektórych z nas? Im bardziej na wschód...

    W ostatnich latach był ISIS, Bucza, teraz Hamas... ludzie mordujący innych tak, aby zadać jak najwięcej cierpienia, aby po nocach śniły się koszmary. Dlaczego? W nadziei że wzbudzą grozę która pomoże im osiągnąć zwycięstwo? Czy wręcz przeciwnie, w nadziei że wzbudzą taką żądzę odwetu że wojny nigdy nie ucichną, przez następne pokolenia. A może z przyjemności?

Tuesday, 21 February 2023

Rozmówcy

Po niespodziewanej rozmowie o wszystkim, takiej jak za dawnych czasów, z osobą sporo młodszą myślałem o różnych typach rozmówców których zdarzyło mi się spotkać w życiu.

Pierwszy to właśnie Ci, z którymi dyskusja na tematy filozoficzne i ogólnożyciowe jest swego rodzaju narzędziem do odkrywania rzeczywistości. Siedzi się z kieliszkiem wina i używa języka po to, aby eksplrować wszystko: sztukę, psychologię, filozofię, przeżycia intymniejsze niż seks i nawet obecną sytuację polityczną. Kiedyś, za czasów studenckich, takie dyskusje zdarzały się nagminnie, za to teraz ci ludzie gdzieś się podziali albo i tutaj są ale trudno przebić się do nich przez mur zagonionej codzienności. I dlatego są się jak rzadkie klejnoty w skarbcu ludzi znanych, ci rozmówcy do których jedzie się na kolację 100 kilometrów w jedną stronę. Bo warto. 


Potem są ci, czasami bardzo mili w obcowaniu i dyskusji o najlepszym sposobie przyrządzania karczocha, którzy jednak, gdy sięga się po głębsze tematy, stają się scholastyczni. Mają dobrze ugruntowany światopogląd (czasami przez edukację lub propagandę ale coraz częściej przez youtuba) i nie zamierzają nic w nim zmienić. W czasie dyskusji ton ich głosu wznosi się o oktawę wyżej i staję się tonem "pedagogicznym". Oni nie dyskutują, oni wtłaczają temat w ramy tego, co kiedyś zdecydowali że wiedzą. Utracili otwartość (zwykle kiedyś ją mieli), są dogmatyczni, wypowiadają swoje zdanie jakby to była prawda ostateczna. Dyskusji z takimi ludźmi nie ma. Tematy ciekawe porusza się rzadko, bo nie wywołują one rozmowy ale monolog. Ludzie ci utracili zdolność spojrzenia na rzeczywistość z różnych perspektyw, popadli w schemat jednostronności, czasami wręcz w swego rodzaju fundamentalizm.

Zdarzają się też, na szczęście nieczęsto, ci, dla których rozmowa jest formą dominacji. Ich argumenty szybko się zmieniają, stają się emocjonalne to znowu z powrotem merytoryczne, czasami są personalne. Ci ludzie nie drążą tematu lecz starają się udowodnić własną elokwencję i ukryć ignorancję. Wypowiadają  nagle twierdzenia które są zaskakujące ale kompletnie nieprzemyślane, robią to dla wywołania szoku, nie po to aby dyskusja gdzieś się posunęła. Mam takiego kolegę w pracy i nie lubię z nim rozmawiać, bo czuję się jak na przesłuchaniu w czasie którego muszę uważać co mówię bo wszystko może być użyte w przyszłości niekoniecznie na moją korzyść. Każda rozmowa z nim to wrestling w którym przeplata się wiedza i profesjonalizm z argumentami kompletnie absurdalnymi i nieprzemyślanymi. Po takich rozmowach zostaje bałagan. To jest typ inteligentnego sprzedawcy który rozmawia po to, aby coś człowiekowi wcisnąć, i nawet nie bardzo wiadomo co to jest. Najprawdopodobniej jakaś wizja jego samego jako superinteligentna i geniusza. Kiepsko się rozmawia z ludźmi którzy lubią robić duże halo dookoła siebie. 

I wreszcie są ci z odmiennych kultur (czasami bywa to rodak o zupełnie odmiennej mentalności). Szalona bariera językowa i mentalna neutralizuje każdą formę głębszej komunikacji. Kolega chińczyk, kilka razy zaprosił mnie na kolację, ale niewyobrażalnym było mówienie o czymś więcej niż smak potraw albo kto jakie kraje odwiedził. Pytanie o sens życia było potraktowane tak, jakby nie padło. No i oczywiście gdzieś w głębi czaszki czaiły się historie o chińczykach kradnących zachodnie technologie.