Wednesday, 23 September 2026

Humantay

Jesteśmy na wysokości ponad 4200 metrów ponad poziomem dalekiego oceanu, którego wielkie fale rozbijają się o kamieniste plaże Limy. która jest daleko mimo że na mojej mapie Andy wydają się przylegać do wielkiej wody. Tu, na tej wysokości powietrza jest po prostu mniej i dlatego trzeba oddychać głęboko, trzeba napinać żebra tak, aby złapać deficytowy tlen. Na szczęście, w ramach kompensacji, jest dużo światła, tak dużo jak wody w oceanie, jest dużo kamieni, jest wysoka góra a gdzieś w połowie drogi między nami a słońcem krąży wielki, dobrotliwy kondor. Nad świętą Laguną Humantay jest po prostu dużo piękna.  

Przewodnik, 20-letni Willian Abel, wyjaśnia że Huma, brzmiąca znajomo dla europejskiego ucha (humanum), oznacza głowę. Tłumaczy że Humantay to głowa bogów. Tak się właśnie nazywa ubrana w lodowce góra wznosząca się stromo za jeziorem. Willian objaśnia że dla Inków bogowie byli bytami fizycznymi, jak zwierzęta - kondor, puma, wąż - czy góry. Szczególnie święte góry, jak Salkantay, który znajduje się kilka kilometrów od Humantay. Kilometrów które w części przejdziemy jutro.

Skoro bogowie nie są abstrakcją a górami które żyją i opiekują się ludźmi to trzeba szanować świat fizyczny, trzeba szanować naturę. Trzeba do nich przychodzić, pielgrzymować, trzeba ich prosić o pozwolenie wejścia w ich podniebne dwory, które nie należą i nigdy nie miały należeć do ludzi.

Tych żyjących, odległych na rzut kamieniem bogów, będących jednocześnie górami, prosi się o łaski i objawienia. Bierze się trzy liście koki, bezgłośnie wypowiada się intencję i trzymając je przed sobą składa się pokłony w głównych kierunkach świata. W końcu nabożnie chowa się trzy listki pod kupczykami kamieni, takimi mini-kurchanami. Intencje podróżują do centrum Ziemi, do Pachamamy - Matki Ziemi - która dba o nas, o wszystko co żywe i okazuje nam łaskawość. 

Jakże to inne od abstrakcyjnego boga judeochrześcijaństwa, który nadał ludziom prawo własności świata widzialnego. Konsekwencją tego jest chciwość, dążenie do posiadania coraz większej władzy, coraz większej ilości dóbr materialnych. Ale konsekwencją jest także rozwój nauki i technologii.

Willian wyciąga reklamówkę z liści koki i każe nam wybrać po trzy. Objaśnia rytuał. Trzy liście, trzy pokłony w stronę świętych gór. Zapada nagła cisza. Na chwilę cichną głosy innych turystów, ustają powiewy wiatru. Wiem, że to wszystko cichnie w przede wszystkim w mojej głowie, ale cichnie bo nagle znalazłem się w innej rzeczywistości, tej wrażliwej na każde drgnięcie liści na krzakach, na każde tchnienie wiatru.  

W tej nagłej ciszy kłanianie się stronom świata wydaje się czymś naturalnym, a nie szamańską fanaberią. Przez chwile czujemy obecność bogów gór.  Oni tu po prostu są. Istnieją poza nauką, poza logiką. Tam na dole są świątynie służące do tego, by ich czcić, ale to tutaj można im złożyć wizytę.

Ich istnienie wydaje się nie mieć prawie żadnych konsekwencji w świecie zewnętrznym. Nic się nie zmienia czy ich dostrzeżemy czy nie. Zmienia się tylko świat wewnętrzny, bo niewytłumaczalnie odczuwamy ich obecności, spostrzegamy nagłą ciszą i bezruch podkreślony spokojnym lotem kondora wiszącego wysoko nad nami, wpół drogi do Słońca. 

Troche jak splątanie kwantowe. Jest, ale prawie nie ma żadnych bezpośrednich konsekwencji, bo konsekwencje musiałyby być niezgodne ze silniejszymi zasadami, które ustanawia na przykład szczególna teoria względności. Podobnie jest z dostrzeganiem Jungowskich synchroniczności, które na nas wpływają ale nie mogą złamać przyczynowości. Na tym polega codzienna magia, jej piękno i jej ograniczoność.



No comments:

Post a Comment